niedziela, 20 listopada 2016

Gęsi i damy z Knossos


Fresk z Knossos na tkaninie? Dlaczego nie!
Kiedy kilkanaście lat temu przeczytałam po raz pierwszy o tym, że można już drukować tkaniny na zwykłej drukarce, bardzo spodobał mi się ten pomysł. Wymyślono wtedy Bubble Jet Set, specjalny płyn, który utrwalał barwnik z drukarki domowej. Ponieważ tkaniny nie można było ot tak, po prostu wkładać do drukarki, bo w niej by utknęła, trzeba ją było wcześniej naprasować na papier do zamrażarek. Oczywiście szybko pojawiły się w sprzedaży tkaniny już przygotowane do drukowania, czyli nasączone i wysuszone, na podkładzie papierowym, który po wydrukowaniu można było z łatwością z tkaniny zdjąć.
Niestety przez wiele lat trudno było takie zestawy dostać, nawet przez internet, a zresztą na początku okazały się bardzo drogie jak na moją kieszeń. Kiedy wreszcie były w zasięgu ręki i mojej kieszeni, nieśmiało kupiłam sobie kilka arkusików, które wykorzystałam między innymi na metki doszywane z tyłu quiltów i… gęsi.
Już wyjaśniam o co chodzi z tymi gęsiami. W czasie wspólnej akcji szycia quiltu dla naszej (czyli polskich quilterek) przyjaciółki Danki, postanowiłyśmy, że będzie on miał różne polskie akcenty. I wpadłam. Tak przykleiło się do mnie Rejowe „Polacy nie gęsi”, tak mi utkwiło w głowie, że musiałam TO zrealizować. Aplikację z gęsi potrafiłam zrobić, ale wyhaftować dwie linijki tekstu??? Nigdy!
Na pomoc przyszła mi drukarka.

Niestety, miałam pomysł, żeby wyraz "patchwork" dać kolorowo - prawie w ogóle go nie widać.
  Przydała się również w drugim bloku, który wtedy przygotowywałam. Nie da się ukryć, że nazwy polskich miast nad Bałtykiem, te wydrukowane, wyszły o wiele lepiej niż wyhaftowane.


No dobrze, a co do tych gęsi mają damy z Knossos?
Po prostu znów wpadłam na „świetny” pomysł, od którego nie mogę się od kilku tygodni odczepić. I znów ten pomysł sobie wydrukowałam. Moja przyjaciółka jest archeologiem i specjalizuje się w historii tkactwa. Wymyśliłam więc, że zrobię jej w prezencie patchwork plecionkę, i że głównym motywem będą owe słynne damy z fresku z Knossos na Krecie. Tylko oczywiście (!) nie będę ich malowała sama.

Może poduszka z portretem to dobry pomysł na tzw. prezent spersonalizowany?
 Do tej pory korzystałam z tkaniny do drukowania firmy Jacquard, którą sprowadzałam sobie z zagranicy. Okazało się jednak, że można wreszcie dostać taką tkaninę w Polsce, i że ma ją znana polskim quilterkom firma Prym. Tkaninę do drukowania można dostać w internetowym sklepie To i owo (klik), za rozsądną cenę, zwłaszcza, że nie trzeba jeszcze płacić za przesyłkę z zagranicy. Można też kupować po jednym arkuszu.
Ponieważ poeksperymentowałam sobie z nią trochę, oto informacje na temat jej działania i kilka moich rad:
Tkanina ułożona jest na podkładzie papierowym, ale nie jest na niego naklejona, tylko przyprasowana. Papier przywiera do niej, „podpierając ją” w trakcie drukowania, a później swobodnie z niej schodzi. Tkanina to 100% bawełny przypominającej popelinę – jest gęsto tkana, ale nie sztywna, jakości patchworkowej.
Po wydrukowaniu i utrwaleniu tkanina nie sztywnieje, jak czasami to się zdarza w przypadku takiej, którą się maluje farbami do tkanin. Palcami wyczuwa się jedynie, że jest minimalnie grubsza.
To nie jest popularne kiedyś „ustrojstwo”, które drukowało się na papierze, a potem zaprasowywało na tkaninę. Tamto tworzyło na tkaninie grubą, gumową warstwę, która po jednym praniu zaczynała się łuszczyć!!! Teraz mamy do czynienia ze zwykłą bawełną, którą można na przykład przepikować. W Stanach Zjednoczonych drukuje się np. zdjęcia z życia danej osoby, z których zszywa się przeznaczony dla niej patchwork. Może to dobry pomysł na patchworkowe drzewo genealogiczne?
Specjalny preparat, którym nasączona jest tkanina, nie tylko sprawia, że barwnik w nią wnika. Preparat utrwala też kolory, więc można taki wydrukowany materiał prać, o czym za chwilę.
Moja rada, żeby najpierw wydrukować sobie wybrane zdjęcie lub rysunek na papierze, chociażby po to, żeby zobaczyć, jak kolory wyglądają nie na monitorze laptopa, ale na białym tle. Poza tym, okazało się, że zdjęcie, którym dysponowałam (opłaciło się jeździć na Kretę!), nie mieści się na papierze A4. I po wydrukowaniu na papierze znika kawałek fryzury i ręki jednej z dam. Musiałam to zdjęcie trochę inaczej wykadrować.
W drukarce (przynajmniej mojej) powinno się układać przyszłe dzieło tkaniną u góry.
Barwnik utrwala się na ciepło, czyli po prostu żelazkiem, czyli po prostu prasując przez minutę. Na wszelki wypadek ułożyłam na desce do prasowania kawałek papieru do pieczenia. I tu obserwacja: pierwszą tkaninę zostawiłam po wydrukowaniu na dwa dni i dopiero wtedy przeprasowałam, drugą zaś prasowałam dziesięć minut po wydrukowaniu. Przy pierwszej na papierze do pieczenia nie było nawet odrobinki barwnika, przy drugiej coś niewyraźnego się pojawiło. Kiedy jednak z ciekawości po godzinie jeszcze raz przeprasowałam wydruki, nie było już żadnego śladu, czyli barwnik utrwalił się.
Radzę po wydrukowaniu, a przed prasowaniem, usunąć papier, na którym jest tkanina. Pierwsze zdjęcie prasowałam w następujących warstwach: na desce papier do pieczenia, na nim tkanina zwrócona papierem do góry. I niestety papier z tkaniny przywarł do niej tak mocno, że musiałam z nim trochę powalczyć. (Na szczęście, zsunął się z niej szybko kiedy go nawilżyłam) Za drugim razem najpierw wydrukowałam zdjęcie, potem usunęłam z tkaniny papier. Zszedł od razu – wystarczyło na rogu podważyć go paznokciem. I dopiero wtedy na desce położyłam papier do pieczenia, potem tkaninę wierzchem do dołu, a na niej znów papier do pieczenia.
Sprawdzałam też, jak tkanina zachowuje się podczas prania, ale przyznam, że tylko prałam eksperymentalnie – ręcznie, nie w pralce. I jest bardzo grzeczna, nie farbuje, nie traci koloru.
Zalecane pranie w letniej wodzie, maksymalnie do 30 stopni.

Mam pomysł na kolejny prezent pod choinkę, również dla mojego przyjaciela z archeologii. A w następnym poście: dlaczego wydrukowałam damy z Knossos podwójnie, jak robi się patchworkową plecionkę. A przede wszystkim: jaki znalazłam sposób na to, by surowa aplikacja się nie strzępiła.

2 komentarze:

  1. I znowu dowiedziałam się czegoś nowego! No... w sensie, że można to kupić u nas! Dobrze wiedzieć. Dziękuję Marzeno :) A ciekawi jestem Twojej kolejnej pracy z damami z Knossos :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Będzie po świętach, bo to prezent i nie mogę jeszcze go upublicznić. Myślę Jolu, że dla twoich minidziełek pocztówkowych to świetne rozwiązanie, zwłaszcza, że na jednej kartce a4 można wydrukować kilka rzeczy.

    OdpowiedzUsuń