środa, 20 lipca 2016

Pikowanie przez haftowanie



Przez ostatnich kilka tygodni miałam okazję korzystać z maszyny Brothera Inov-is NV-2600. Maszyna ta jako jedna z dwóch wystąpi w książce o patchworku, nad którą obecnie pracuję. Jednak dzięki cierpliwości firmy EMB Systems, która mi ją wypożyczyła, mogłam też wypróbować jej możliwości w nieco odrębnych, czasami zdecydowanie bardziej skomplikowanych technikach. (O czym będę pisać w kolejnych postach.)

NV-2600 jest maszyną i hafciarką w jednym. Haft maszynowy jako taki do tej pory raczej mnie nie pociągał, a ściegi ozdobne zastosowałam może 10 razy, ale nie byłabym sobą, czyli quilterką do kwadratu, gdybym nie wykorzystała maszyny do własnych, patchworkowych celów. 
Na początku coś prostego, czyli haft występujący w roli pikowania. 
Tak, właśnie tak. Patchwork można również pikować, używając ściegów ozdobnych, ale pod jednym warunkiem. Maszyna musi być naprawdę dobra i bardzo dobrze ustawiona – oczywiście chodzi mi o napięcie górne i dolne.
Ale po kolei.
Od dawna podobała mi się technika Stupendous Stitching, którą kilka lat temu rozpropagowała Carol Ann Waugh. Faliste lub proste linie haftu, przedzielone pikowaniem – ręcznym i maszynowym – podobają się nawet mnie, chociaż zazwyczaj jestem zwolenniczką minimalizmu. Carol Ann Waugh najpierw podkłada pod tkaninę flizelinę i zahaftowuje powierzchnię tkaniny, a dopiero potem, po oderwaniu papieru i zrobieniu quiltowej kanapki, pikuje. Taki podkład z flizeliny zapewnia, że ścieg będzie układał się ładnie i nie będzie marszczył tkaniny. Chciałam uprościć ten proces i nieco poeksperymentować. Od razu zrobiłam quiltową kanapkę i zdałam się na maszynę, mając nadzieję, że nie będzie się buntować przeciwko haftowanio-pikowaniu i że efekt będzie zadowalający. 
 
Świetna zabawa, miałam naprawdę trudności z wybraniem ściegu.

Najpierw zrobiłam próbkę z tkaniny "docelowej” i tej samej watoliny, którą miałam przygotowaną. Chociażby po to, żeby zobaczyć, jak prezentują się wybrane przeze mnie nici, tym bardziej, że były różne – bawełniane, jedwabiste i z rayonu. A także moje ostatnio ulubione metaliczne Sulky Gutermana, które na zdjęciu prezentują się skromnie, niczym zwykłe białe nici, za to podświetlone zaczynają błyszczeć delikatnie, niczym tafta.
W prawym dolnym rogu są nici, które wybrałam do pikowania tła. Potem zresztą dodałam jeszcze inną czerwień, bardziej intensywną.
Chciałam też zobaczyć, jak na takim podkładzie zachowują się różne hafty. Oczywiście wybór miałam duży.

I już wiem, że najtrudniej używać ściegów, które są stosunkowo szerokie, a to dlatego, że igła porusza się po szerszym polu dość gwałtownie i może nieco ściągać tkaninę. Za to najlepiej na kanapce quiltowej sprawiają się hafty zwarte.
O tym, jak bardzo zwarte mogłam decydować sama, ustawiając je tak

 albo tak.

Ponieważ z niecierpliwością czekałam na efekt końcowy, a używałam nowej maszyny, ciągle robiłam jakieś błędy. O tychże błędach NV-2600, która okazała się bardzo rozmowna, szybko mnie informowała. A to nie ustawiłam odpowiednio igły i w odpowiedzi zobaczyłam:

A to zapomniałam zmienić nici w bębenku, by dopasować je do koloru na górze. Akurat to ostatnie nie zemściło się na mnie, bo maszyna jest tak dobrze ustawiona, że nici ze spodu w ogóle nie przechodziły na wierzch, a nici wierzchnie widać było jedynie na obrzeżach haftu pod spodem.
Na wierzchu metaliczne białe nici Gutermana, na spodzie bawełniane w kolorze lilowym.
Chociaż ani maszyna, ani nici nie sprawiały mi problemów, na wszelki wypadek sięgnęłam po stojak do nici, który znalazłam kiedyś w Outlecie Tkanin na Czerniakowskiej. 

I to w zasadzie dwie tajemnice takiego haftowanio-pikowania: stojak na nici, by szpulka była ustawiona w pozycji pionowej oraz odpowiednie napięcie, które trzeba wyregulować. I radzę to robić stopniowo, by nie przegapić najlepszego ustawienia. Jednym słowem punkt po punkcie. Dzięki temu nie musiałam wcześniej haftować na flizelinie. Aha, i nie używałam tamborka - całość operacji była robiona na części maszynowej, nie hafciarskiej.
Jeszcze tylko pikowanie pomiędzy haftowanio-pikowaniem i praca była gotowa. Na razie skromna, tak po mojemu, ale przecież nie ostatnia z tej serii.

PS: Tym razem, wyjątkowo jak na mnie, nie przyszywałam lamówki ręcznie tylko maszynowo - przy pomocy haftu z gałązkami
 



piątek, 17 czerwca 2016

Farbowane nitki - i nie tylko





 Nie, to nie jest moja najnowsza tkanina. Jeszcze tak subtelnego wzoru nie udało mi się do tej pory uzyskać. To, że się tak wyrażę, produkt uboczny mojego farbowania, ale... wszystko po kolei...
Przygotowywałam nową "kolekcję" tkanin, które można będzie niedługo kupić w sklepie Ładne Tkaniny, i jednocześnie materiały na warsztaty z farbowania, które poprowadzę w Szkole Patchworku (szczegóły poniżej), kiedy wzrok mój padł na kordonek leżący na stole. I tak powstał pomysł, żeby ufarbować też trochę nitek. Wiem, są multikolorowe nitki i włóczki w sklepach, ale zazwyczaj nijak się mają do moich potrzeb kolorystycznych, a wizja nici, które są idealnie w tych samych kolorach, a nawet odcieniach, co tkanina, była kusząca. Poeksperymentowałam więc trochę z różnymi nitkami i oto moje wnioski (bo trudno nazwać to tutorialem):
Po pierwsze, nitki lub włóczkę trzeba nawinąć w długie pasma, luźno związane w kilku miejscach. Im więcej tych "zawiązań", tym większa szansa, że po farbowaniu i wyjęciu z pralki włóczkę łatwo będzie zwinąć w motek.
Po drugie, nitki (lub włóczkę) trzeba przed farbowaniem dokładnie wyprać. Usuniemy w ten sposób różne chemikalia, które poprawiają jej wygląd, ale jednocześnie blokują dostęp barwnika. 
Po trzecie, kilka minut po zalaniu roztworem barwiącym, trzeba jeszcze dodać roztwór z wodorowęglowodanem sodu (o szczegółach poniżej).
A teraz konkrety:


Farbowałam barwnikami Procion MX. Z włóczek najlepiej farbuje się nimi włóczka czysto bawełniana. Nie wchodzą w grę żadne mieszanki, bo w tych miejscach, gdzie nie będzie bawełny, włóczka nie ufarbuje się albo ufarbuje się, ale nie będzie trzymać koloru. Jednym słowem będzie farbować, mimo kilkukrotnego prania. Barwnikami Procion MX nie farbuje się również wełny - do jej barwienia stosuje się barwników kwasowych.
Uwaga, przy kupowaniu włóczki! Na moją prośbę o włóczkę bawełnianą proponowano mi włóczkę z bawełną 80% - musi być 100%!!! Mam wrażenie, że osoby sprzedające włóczkę i tkaniny nie za bardzo rozumieją, jaka jest różnica między czystą bawełną, a, dajmy na to, elanobawełną.

 Świetnie barwniki Procion MX wyglądają na zwykłym kordonku lub mulinie. Mają żywe kolory, szybko się spierają. Powyższe motki są z polskiej Ariadny.
Ale...
Zauważyłam, że nitki, które są dość śliskie i nie tak puchate, jak mulina czy kordonek do haftowania, trudniej się później rozplątuje. Przyznaję, że tutaj akurat zrobiłam za krótkie pasemko i związałam je tylko w dwóch miejscach.
Czy będę jeszcze farbowała nitki? Do konkretnego projektu na pewno tak. Ale powyższy eksperyment był jedynie "przy" farbowaniu tkanin, a nie jako oddzielna praca.
Ale wracając do tkanin...




Powyższe tkaniny znajdą się niedługo w sklepie Ładne Tkaniny. Natomiast osoby zainteresowane ich powstawaniem zapraszam na warsztaty. O farbowaniu tkanin (również przy okazji - nitek), będę opowiadać na zajęciach, które odbywają się pod koniec czerwca i w lipcu w Szkole Patchworku. W malowniczej scenerii pod Puszczą Kampinoską, będziemy mieszać kolory, farbować techniką sun print i przygotowywać wzory japońskiego shibori. Więcej szczegółów znajdziecie na blogu Szkoły Patchworku.


wtorek, 24 maja 2016

Małe jest piękne (i pożyteczne)

Gadżety patchworkowe dzielą się na te, które chcemy mieć, ponieważ KIEDYŚ NA PEWNO (?!?) nam się przydadzą, oraz te, których pomoc doceniamy od razu i każdego dnia. Kiedy dawno, dawno temu przeczytałam o miniżelazku, pomyślałam sobie, że to będzie fajny bajer, który może raz albo dwa razy wykorzystam i koniec. Wtedy go nie kupiłam, bo w przeliczeniu na te dwa razy raczej nie było to opłacalne.

Pierwsze miniżelazko sprezentowała mi Ania Sławińska. Przydało się przy szyciu mojego quiltu witrażowego. I to nawet bardzo. Korzystałam też z niego przy mozaice z kawałeczków tkanin. Tu już przydało się bardziej niż baaardzo. Potem dostałam kolejne. A potem okazało się, że to maleństwo jest pomocne w innych sytuacjach. A ponieważ mam już z nim wiele doświadczeń, postanowiłam o tym napisać.

Po co żelazko w wersji mini?
Na pewno nie da się nim wyprasować wielkiej połaci tkaniny, ale już rozprasować drobne elementy - jak najbardziej. Nawet takie, do których trudno jest dotrzeć. A wszystko to dzięki budowie. Miniżelazko przypomina nieco lokówkę zakończoną trójkącikiem. Niektóre firmy dołączają do niego jeszcze inne końcówki. Ja oprócz trójkącika mam jeszcze taką w kształcie zaokrąglonego prostokąta.
Końcówka trójkątna przydaje się przy rozprasowywaniu np. rogów poduszek, drobnych fałdek w ubraniach, przyklejaniu i rozprasowywaniu aplikacji; prostokątna, gdy robię lamówkę.



Skoro miniżelazko przydaje się przy drobnych elementach, warto je wykorzystać w niektórych technikach patchworkowych, które wymagają dokładności. 



Wspomniałam o moim witrażu. Sama robiłam do niego lamówkę, zaprasowując ją miniżelazkiem i przyprasowywałam ją przy jego pomocy do powierzchni quiltu.



Gdyby nie to żelazko, nie powstałaby moja mozaika. Chociaż może powstałaby, bo się na nią uparłam, ale pewnie miałabym poparzone opuszki palców. Tymczasem miniżelazko ułatwiło mi przyklejanie pojedynczo jedno, dwucentymetrowych elementów z warstwą flizeliny z jednej strony. I to dokładnie w tym miejscu, w którym chciałam. Żelazeczko waży niczym piórko. Doceniłam to pod koniec pracy, bo miałam do przyklejenia kilkaset kawałeczków mozaiki.


Okazało się, że to nie koniec zalet tego malucha. Ponieważ jest mniejsze, zżera mniej prądu, więc praktycznie podczas szycia wcale go nie wyłączam. Jestem zwolenniczką teorii, że każdy szew powinien być rozprasowany, zanim przyszyje się do patchworku kolejny kawałek, więc używam do tego miniżelazka. Nie chce mi się rozkładać deski, czekać, aż żelazko się rozgrzeje. Nie chce mi się wstawać co chwila od maszyny - z boku leży minideseczka do prasowania, obok niej żelazko na podstawce i mogłabym tak siedzieć i siedzieć. (O tym, że powinnam co jakiś czas wstać, przypomina mi ból kręgosłupa).



Na co zwracać uwagę przy kupowaniu?

Na długość kabla. Moje pierwsze żelazko ma kabel długości 105 cm. W praktyce oznacza to, że mogę je ustawiać tylko na brzegu stołu z przedłużaczem ustawionym tuż pod stołem. A i tak ciągle zsuwa się na podłogę. Drugie, Clovera, ma już bardziej praktyczną długość kabla - 180 cm, więc może sobie swobodnie stać na środku stołu.

Ważne jest też, jak zamocowane są śrubki łączące części żelazka. Nie mogą wystawać poza powierzchnię elementów plastikowych, powinny być schowane w takich minizagłębieniach. Dlaczego? Podczas pracy miniżelazka nagrzewają się wszystkie metalowe elementy - nie tylko trójkątna powierzchnia, ale też śrubki mocujące, czy metalowa nasada. "Mój" Clover, ma specjalną ochronę nasady, jeśli jednak zdecydujesz się na inny model, uważaj, by jej nie dotykać.


Jak używać i jak nie używać?

- Miniżelazka mają zazwyczaj dwa stopnie ogrzewania - niski i wysoki. Ja niestety nie mam cierpliwości i od razu nastawiam je na wyższą temperaturę. Bez sensu, jeśli chce się jedynie przeprasować szew.



- Chociaż maleństwo wygląda niepozornie, grzeje tak samo mocno, co zwykłe żelazko. W trakcie używania koniecznie trzeba je odstawiać na podstawkę (dołączona w zestawie). I nie kłaść w pobliżu np. torebek foliowych czy elementów plastikowych. "W pobliżu" oznacza mniej niż 10-15 cm. Przyrzekam, że zeskrobywanie z powierzchni żelazka folii jest żmudną robotą. I... w zasadzie nie powinnam się do tego publicznie przyznawać... miniżelazko potrafi też roztopić szkło okularów, które obecnie produkuje się ze specjalnego plastiku. W trakcie przygotowywania quiltu mozaikowego odłożyłam je na leżącą mozaikę, niedaleko okularów. Kilkakrotnie sprawdzałam, czy nie dotyka ich powierzchni. Nie dotykało, leżały w odległości jakichś 8 cm. Pod koniec dnia okazało się, że mają lekko "zamgloną" powierzchnię.

- W związku z powyższym lepiej nie prasować bezpośrednio na stole, jeśli nie masz specjalnej deseczki do prasowania, możesz po prostu podłożyć kilka warstw tkaniny. Podczas nakładania aplikacji na quilt, wystarczy, że pod spodem jest warstwa kanapki klasycznego quiltu, czyli tkanina spodnia, wypełnienie i tkanina wierzchnia (lub gotowy patchwork).

PS: Kolejne małe żelazko, tym razem parowe, ma 13x7,5 centymetra. Może służyć jako żelazko turystyczne, ale świetnie nadaję się też do różnego rodzaju robótek. Można też połączyć przyjemne z pożytecznym i zabierać je na wyjazdy wakacyjne, jeśli się nie chce robić przerwy w szyciu.



poniedziałek, 7 marca 2016

Niebiezpieczne związki, czyli sztuka spruwania

Ukończyłam (wreszcie!) pierwszy w tym roku quilt. 



W zasadzie mieści się on w kategorii "zaczęte w zeszłym roku, skończone w aktualnym". A zapowiada się na to, że grupa ta będzie baardzo liczna. Tym razem miałam konkretny dead end. Kiedy kilka miesięcy temu "w trakcie szycia" quilt zobaczyła moja przyjaciółka, bardzo jej się spodobał. Miałam więc dla niej prezent na urodziny i trzeba było go skończyć w terminie.


Prezent chyba naprawdę się spodobał, bo następnego dnia po urodzinach od razu zawisł na ścianie.
 
Już od samego pomysłu majaczył mi w głowie tytuł tego quiltowego obrazka - Niebezpieczne związki. Dlaczego niebezpieczne? No bo wiadomo - szycie po okręgu nie jest zbyt łatwe. Tym razem jednak eksperymentowałam również z kolorami i wielkościami kolejnych ćwiartek. Bo z zasady miały być różnej wielkości, chociaż w ramach tych samych bloków. Kolejne bloki dobierałam i układam w trakcie szycia. Wreszcie też odważyłam się na połączenie brązu z różem, a obok niego fioletu z pomarańczem.


Tytuł jednak okazał się proroczy z innego powodu. Otóż początkowo zaokrąglenia miały być "złamane" pikowaniem rowkowym, jednym słowem miały być proste linie. Jednak przy trzecim rzędzie byłam już całkowicie pewna, że to absolutnie nie pasuje. Pozostało mi więc coś, czego nie cierpię. Prucie. Klasyczne prucie pikowania, czyli za pomocą przecinaka, absolutnie nie wchodzi w grę. Nauczyło mnie tego smutne doświadczenie. Po pierwsze, nawet poprawnie obchodząc się z tym narzędziem, można zrobić w tkaninie dziurę. Po drugie, tak wygląda "krajobraz po bitwie":


Usuwanie tego bałaganu jest mocno irytujące i trwa tyle, że bardziej opłaca się zastosować inną metodę. Wcale nie trwającą dłużej, ale za to mniej... niebezpieczną.

 
Obydwie nitki powinny znajdować się na wierzchu. Lewą ręką pociągamy za jedną nitkę, wtedy wysuwa się pętelka drugiej nitki.


Końcem igły zahaczamy o pętelkę i wyciągamy całą nitkę. Specjalnie wybrałam tępy koniec igły, bo wsuwa się w szew równie łatwo jak ostry, za to nie szarpie nitki. Powtarzamy tę czynność, aż do końca. Czynność nieskomplikowaną, trwającą tyle, co zwykłe prucie, a za to nie wymagającą później skubania nitek z wierzchu i od spodu. Aha, co jakiś czas warto tę drugą nitkę (nie tę trzymaną w lewej dłoni), przyciąć, bo wygodniej się ją wyciąga, kiedy jest krótka.


Jeszcze tylko trzeba pozbyć się śladów po szwie. Koniecznie na świeżo, kiedy się jeszcze nie utrwaliły w materiale. 




Wystarczy to miejsce spryskać wodą i przesunąć po nim żelazkiem. Przy takiej czynności sprawdza się mini-żelazko, bo tkaninę wystarczy tylko delikatnie dotknąć, a nie prasować (uwaga na wypełnienie, najlepsze jest w takiej sytuacji bawełniane, bo poliestrowe może się stopić).



Jak widać, nic nie widać!
I tyle. Być może ta metoda prucia jest szerzej znana, ja odkryłam ją dopiero w zeszłym roku. Mam jednak nadzieję, że nie będzie mi się często przydawać.



środa, 3 czerwca 2015

Nowe doświadczenia dżinsowe

Kto by pomyślał, że dżins da mi tyle do myślenia (i tyle do roboty).
Kilka dni temu skończyłam pierwszą dżinsową narzutę. Nie było to moje największe dzieło - ma raptem (?!) 202 na 202 cm. Najcięższe jednak na pewno. Szkoda, że nie zważyłam, ale na szczęście dla siebie nie mam w domu wagi.
Projekt miał swój początek jakiś czas temu, na falach akcji miesięcznika "Molly potrafi". Dżinsy zostały pocięcie przez dwie moje koleżanki, a ja "jedynie" zszywałam łatki i pikowałam całość. Dużo dziewczyn wzięło wtedy udział w tej akcji, powstały fajne rzeczy, więc myślałam, że to pestka. Okazało się jednak, że nie do końca. Dżins jest tkaniną dość grubą, więc ciężką. Poza tym zajmuje dużo miejsca. Zmieszczenie go pod ramieniem maszyny podczas pikowania wymagało nie lada gimnastyki. Ale od początku, czyli od końca.
Narzuta prezentuje się tak:


Ma kontrastowe obszycie w kolorze czerwonym, co odrobinę na zdjęciu widać, i spód w intensywnym błękicie w białe gwiazdki. Wszystko świetnie wybrane przez obecną właścicielkę. Narzuta została zaaprobowana przez wszystkim domowników. Sama widziałam, jak najmłodsza członkini rodziny od razu po dostarczeniu narzuty przyraczkowała (czy jest taki wyraz w j.polskim?) i sobie na niej usiadła, a obok puchaty kot. Co było fajnym przeżyciem, chyba nawet fajniejszym, gdybym usłyszała mnóstwo pochwał.

Nie będę opisywać tutorialem, jak powstawała ta narzuta, ale mam kilka przemyślenio-rad.
Po pierwsze, dżins jest teraz tkany z dużą domieszką stretchu. Takich kawałków, rozciągających się we wszystkie strony, było całkiem sporo. Jedynym wyjściem okazało się dość gęste fastrygowane.
 

W kąt poszły wszystkie meble, a ja na klęczkach przez kilka godzin fastrygowałam i marzyłam o maszynie typu longarm. Z drugiej jednak strony zaplanowałam proste pikowanie, więc nie wiem, czy zdołałabym je wykonać na takiej maszynie.
Druga moja rada: zszywanie małymi partiami, a nie doszywanie kolejnym pasków. Przy ciężkości tkaniny jest to jedyne wygodne wyjście.
Narzutę zaprasowywałam oczywiście na jeden bok, więc przy szwie tworzyła się dość gruba warstwa. Żeby ją wyeliminować, postanowiłam przepikować narzutę nie w szwach, ale obok nich - w ten sposób nieco się spłaszczyły.


Brzeg tkaniny potraktowałam jako liniał i wzdłuż niego pikowałam na szerokość stopki. Niestety, kiedy spotykało się kilka łatek, a więc kilka warstw materiału, szew o milimetr lub dwa się przesuwał. Nie dało się tego uniknąć, chociaż używałam stopki walking foot, najlepszej, jak już teraz wiem, do zszywania dżinsu. Ja, oczywiście, widzę te milimetrowe przesunięcia, ale kiedy komuś o tym powiedziałam, odpowiedzią było jedynie zdziwione spojrzenie i stwierdzenie, że przesadzam.
Kolejny problem był z dobraniem nici. To akurat mi się udało bez problemu.
Casting rozpoczął się od kilku uczestniczek.


Do finału przeszły trzy.



Wygrała ta na górze. Okazała się tak świetna, że prawie wcale jej na materiale nie było widać. I to na różnych odcieniach dżinsu, nawet tego jasnego. Tak świetna, że kiedy musiałam popruć kawałek szwu, miałam z tym trudności.
I na koniec jeszcze jedna uwaga. Zazwyczaj nie stosuję tej metody, ale tym razem w niektórych miejscach musiałam. Chodzi mi o zwijanie w rulon podczas pikowania. W przypadku pikowania z wolnej ręki, kiedy przesuwa się narzutę we wszystkie strony, ta metoda wcale nie pomaga, a czasami nawet utrudnia pracę. Jednak przy pikowaniu po prostej linii, żeby pod ramieniem maszyny zmieściła mi się część quiltu, musiałam go zwinąć w ciasny rulon. Który się ciągle rozwijał, ale to już inna sprawa...

poniedziałek, 18 maja 2015

Ognisty ptak



Nie wiem, jak mi się to udało, ale uszyłam obrazek, który ma mniej niż 50 cm. Problem w tym, że nawet jak się zatnę, nie jestem w stanie uszyć czegoś mniejszego niż jakieś 100 cm, a najlepiej jeszcze więcej - mimo, że mam tylko domową maszynę, a nie taką wielgachną profesjonalną, niczym Juki, która stoi w Szkole Patchworku. Podziwiam osoby szyjące na przykład quiltowe kartki pocztowe. Ja nie jestem w stanie zmieścić się w małym formacie.
Tym razem mi się udało. Projekt jest jednym z wielu, które zaczęłam kilka (kilkanaście, kilkadziesiąt - niepotrzebne skreślić) tygodni temu. I przygotowywany jest na zajęcia w Szkole Patchworku, które odbędą się:
31 maja i 1 czerwca - farbowanie
13 czerwca - jak projektować i szyć quilty z farbowanych tkanin

Lubię tkaniny w jednolitych kolorach, nie ma to jak wzorzyste materiały do patchworków tradycyjnych, ale jeśli chce się uszyć coś bardziej artystycznego, najlepsze są tkaniny własnoręcznie farbowane. I nie tylko dlatego, że żaden sklep w Polsce nie zapewni mi dwudziestu kilku odcieni błękitów, zieleni lub... czerwieni


żeby powstał na przykład taki quilt


Chodzi też o to natężenie koloru, a jednocześnie efekt świetlistości, który można uzyskać na tkaninie ręcznie farbowanej.


I wbrew temu, co się sądzi, kolory są bardzo trwałe. Świat jednak poszedł do przodu, również w technice farbowania tkanin. Farby do tkanin, te dobrej jakości, nie wymagają godzinnego stania przy garze w oparach octu. W ogóle nie wymagają octu (ani godzinnego stania i mieszania). I jeśli się je odpowiednio traktuje, tkaniny ręcznie farbowane zachowują się grzecznie - nie farbują innych, nie płowieją. Ale o tym cdn.
 A na razie moje nowe dziełka shibori w ulubionych błękitach:



 

piątek, 9 stycznia 2015

Shibori i mandale

Japońskie techniki ręcznego farbowania tkanin fascynowały mnie od dawna. Z jednej strony bogato zdobione kimona - wielokolorowe, wzorzyste. Z drugiej oszczędne, ale równie efektowne shibori - farbowane najczęściej za pomocą indygo, a więc występujące w bieli i  kilku odcieniach błękitu. Niestety indygo jako barwnik w Polsce pojawia się rzadko i jest baaardzo drogi, ale od czego moje ulubione barwniki Procion MX, prawie tak samo ekologiczne i dające podobne efekty. Tym bardziej, że kiedy shibori stało się modne na Zachodzie, zyskało na kolorach i występuje we wszystkich barwach tęczy. I tak je kiedyś robiłam. W minikolekcji, którą przygotowałam dla sklepu Ładne Tkaniny na razie shibori występuje w kolorach zbliżonych do indygo i na razie zrobiłam kilka podstawowych wzorów, ale to dopiero, mam nadzieję, początek.


Coś, co lubię najbardziej - wzór jest geometryczny, ale nieregularny, nieco rozmazany.

I w wersji multi, czyli wielu nieregularnych kółek.


Shibori arashi przypomina nieregularne paski zebry.



W kolejnej wersji shibori przybiera postać bardzo nieregularnych pasków.


 
 
W trakcie moich eksperymentów z shibori ufarbowałam też kilka kolorowych mandali. Są bardzo efektowne i świetnie nadają się na przykład na poduszki. Na razie jest ich kilka, ale bardzo mi się podobają, więc pewnie powstanie ich więcej.