Jak inaczej można nazwać coś, co nie jest płaskie i uszyte zostało z kawałków tkanin? Miałam kiedyś taką fazę na szycie miseczek i wazonów. Ekstra pomysł na prezenty dla osób, które oczekiwały, że dostaną coś "z mojej bajki", ale niekoniecznie wielką narzutę.
Fakt, szycie narzuty zajmuje dużo więcej czasu, ale, wbrew pozorom, przygotowanie tekstylnej miseczki, to nie jest takie szast prast. Dwie godziny roboty murowane.
Najpierw trzeba przygotować wykrój. Bardzo dokładny, żeby denko i ścianki "naczynia" spotykały się w odpowiednim miejscu. A potem bardzo dokładnie je wyciąć i zszyć z wypełnieniem w postaci filcu w środku. Jeśli zabraknie tej dokładności, miseczka albo wazon będą nieco rozchybotane.
Przy czym to rozchybotanie w przypadku wazonów jest, oczywiście, większym problemem - wazony się po prostu przewracają.
Co zresztą widać na załączonym obrazku. Czarny wazon przechyla się, jeśli nie ma w środku wypełnienia. Z tym drugim wazonem, uszytym w kształcie amfory z farbowanych przeze mnie tkanin, był inny problem. Wazony miały być w założeniu nie tylko ozdobą. Wymyśliłam sobie, że będą najpierw służyć jako etui na butelkę na wino, a po konsumpcji tegoż, można butelkę znów wstawić do środka, nalać do niej wody i włożyć kwiaty. Wszystko było OK - rozrysowując części wazonu, sprawdziłam, czy denko jest większe niż butelka. Zapomniałam tylko, że amfora ma zwężaną szyjkę i przez taką zmieści się jedynie chyba tylko wąska menzurka.
Za to inny wazon, prostszy kształcie, bez problemu zdał egzamin praktyczny. Ponieważ jednak był dość niski, wstawiliśmy do niego szklankę.
Na tulipany jak znalazł.
Jedyny patchwork w 3-D, przy którym posiłkowałam się wykrojem znalezionym w Internecie (wzór był FREE!!!), miał kształt liścia. Efektowny, ale obrzucenie brzegów ściegiem satynowym trwało i trwało i trwało.
niedziela, 2 marca 2014
czwartek, 13 lutego 2014
Minimalizacja
Kilka dni temu Szkoła Patchworku, którą założyła Ania Sławińska i którą razem z nią prowadzę, obchodziła swoją pierwszą rocznicę. Z tej okazji przygotowałyśmy prezenty, a wśród nich moje broszki, filcową wersję log cabin. Zawzięłam się i zszywałam je ręcznie, co trochę trwało.
Dzisiaj broszki zostały rozesłane, a ja postanowiłam w ramach urozmaicenia przygotować nieco inny wzór. Na przykład kwadraciki. Czyli moim zdaniem jeden z najtrudniejszych wzorów, jeśli chce się, by wszystkie szwy spotkały się tak, jak powinny.
Mój patchwork, a raczej przyszła broszka, ma na razie 4 na 4 cm. Każdy kwadracik po zszyciu ma 1 na 1 cm. Najgorsze było rozprasowywanie szwów. Gdybym nie miała mini żelazka (za które nota bene bardzo Ci Aniu, dziękuję), pewnie skończyłby się na poparzeniu palców wielkim w porównaniu z nim Philipsem.
Na razie mój patchworczek prezentuje się skromnie, obszyję go jeszcze ramką, doszyję zapięcie i broszka będzie gotowa.
A swoją drogą kiedyś nie mogłam wyjść z podziwu (i ze zdziwienia), że japońskie quilterki zszywają takie maluszki z jedwabiu i ręcznie. Tyle że one szyją z takich mikrych elementów całe narzuty, czasami siedząc nad nimi po kilka miesięcy.
A mnie kusi, oczywiście, kiedy już skończę moje dzieło, mini Drunkard Path, wzór składający się z zaokrągleń. Ciekawe, czy można go wykonać w wersji 7 na 7 cm... Na zajęcia z szycia po łuku, które planujemy prowadzić w niedzielę, będzie jak znalazł.
Dzisiaj broszki zostały rozesłane, a ja postanowiłam w ramach urozmaicenia przygotować nieco inny wzór. Na przykład kwadraciki. Czyli moim zdaniem jeden z najtrudniejszych wzorów, jeśli chce się, by wszystkie szwy spotkały się tak, jak powinny.
Mój patchwork, a raczej przyszła broszka, ma na razie 4 na 4 cm. Każdy kwadracik po zszyciu ma 1 na 1 cm. Najgorsze było rozprasowywanie szwów. Gdybym nie miała mini żelazka (za które nota bene bardzo Ci Aniu, dziękuję), pewnie skończyłby się na poparzeniu palców wielkim w porównaniu z nim Philipsem.
Na razie mój patchworczek prezentuje się skromnie, obszyję go jeszcze ramką, doszyję zapięcie i broszka będzie gotowa.
A swoją drogą kiedyś nie mogłam wyjść z podziwu (i ze zdziwienia), że japońskie quilterki zszywają takie maluszki z jedwabiu i ręcznie. Tyle że one szyją z takich mikrych elementów całe narzuty, czasami siedząc nad nimi po kilka miesięcy.
A mnie kusi, oczywiście, kiedy już skończę moje dzieło, mini Drunkard Path, wzór składający się z zaokrągleń. Ciekawe, czy można go wykonać w wersji 7 na 7 cm... Na zajęcia z szycia po łuku, które planujemy prowadzić w niedzielę, będzie jak znalazł.
czwartek, 6 lutego 2014
Nowe broszki mi się poczyniły
Bawię się tymi broszkami w przerwach między szyciem patchworków. Bawię się ich projektowaniem i tym, że w przeciwieństwie do takiej narzuty 2 na 2 metry, tutaj widzę efekt już (!) po dwóch godzinach. No i filc się nie strzępi, tak jak bawełna...
Na razie nadal "idę w" zwierzątka. Na początek biedronka z siedmioma kropkami na szczęście.
Nieco strojniejszy motyl w moich ulubionych kolorach.
I jeszcze bardziej strojny paw.
Na razie nadal "idę w" zwierzątka. Na początek biedronka z siedmioma kropkami na szczęście.
Nieco strojniejszy motyl w moich ulubionych kolorach.
I jeszcze bardziej strojny paw.
Powtórzyłam też broszkę kwiatkową. Tym razem w słonecznych kolorach.
I chyba następne projekty pójdą w stronę flory, a nie fauny...
poniedziałek, 3 lutego 2014
Jak ten czas szybko leci!
Na początku zeszłego roku Ania Sławińska spytała mnie, czy nie poprowadziłabym razem z nią zajęć patchworkowych pod egidą Berniny. Dokładnie rok temu odbyły się nasze pierwsze warsztaty i w ten sposób powstała Szkoła Patchworku. Dlatego dzisiaj z radością możemy zdmuchnąć pierwszą świeczkę na torcie, który przygotowała Ania.
To, co miało być dla nas kilkurazową przygodą, zamieniło się w fascynujące doświadczenie pełne ciekawych spotkań, inspiracji i cudownych, zaskakujących pomysłów naszych kursantek. A dla mnie stało się miłym zaskoczeniem, że tyle jest osób (ta grupa ciągle się powiększa!), które lubią, tak jak ja i Ania, "łatkowanie".
Wprawdzie nasza Szkoła jest jeszcze młodziutka, jeszcze raczkuje, ale taka okazja - pierwsze urodziny - trafia się raz w życiu! I z tej okazji zaczynamy urodzinową zabawę na Facebooku i blogu Szkoły Patchworku. Każda osoba, która napisze komentarz do jubileuszowego posta na blogu Szkoły i umieści nasz blog na swojej liście blogów lub umieści wpis na facebookowej stronie Szkoły Patchworku https://www.facebook.com/pages/Szko%C5%82a-Patchworku , a potem udostępni go swoim znajomym, weźmie udział w losowaniu nagród. Napiszcie w komentarzach, w jakich kursach Szkoły Patchworku chciałybyście wziąć udział, gdybyście mogły. Nagrodami są zestawy tkanin Deny Fisbein z kolekcji Painted Garden: 1 zestaw 30 tłustych ćwiartek, czyli ponad 6 m (!!!) tkaniny, 3 zestawy charm packów po 30 kawałków, 6 na 6 cm każdy, oraz 5 broszek patchworkowych osobiście przeze mnie wykonanych.
Na wpisanie komentarza macie czas do 11 lutego do godziny 11.00. Te osoby, które zrobią wpis na blogu i chcą wziąć udział w losowaniu nagród, proszone są o podanie mailem na adres anna.slawinska@szkolapatchworku.pl swojego adresu mailowego.
W zeszłym tygodniu moja przyjaciółka, z którą studiowałam na Archeologii śródziemnomorskiej, broniła pracę doktorską o tkactwie w Grecji minojskiej. Pisała w niej nie tylko o zabytkach, ale również o społecznych uwarunkowaniach zajmowania się tkactwem, między innymi o czymś, co nazwała transem - rodzajem zatracenia w trakcie takiej czynności, jak tkanie. Mogłabym dodać, że znam to z własnego doświadczenia - kiedy siadam do szycia lub pikowania, nie mogę oderwać się od maszyny. I tylko mruczę sobie pod nosem: "jeszcze tylko jeden rządek", "jeszcze tylko dojdę do tego miejsca". Tak też jest na naszych zajęciach, a ponieważ jest nas wtedy spora grupka, ta pozytywna energia, która nam towarzyszy, kumuluje się i wychodzi z tego coś bardzo fajnego. Życzę wszystkim takich przeżyć, jakie są wtedy naszym udziałem!
To, co miało być dla nas kilkurazową przygodą, zamieniło się w fascynujące doświadczenie pełne ciekawych spotkań, inspiracji i cudownych, zaskakujących pomysłów naszych kursantek. A dla mnie stało się miłym zaskoczeniem, że tyle jest osób (ta grupa ciągle się powiększa!), które lubią, tak jak ja i Ania, "łatkowanie".
Wprawdzie nasza Szkoła jest jeszcze młodziutka, jeszcze raczkuje, ale taka okazja - pierwsze urodziny - trafia się raz w życiu! I z tej okazji zaczynamy urodzinową zabawę na Facebooku i blogu Szkoły Patchworku. Każda osoba, która napisze komentarz do jubileuszowego posta na blogu Szkoły i umieści nasz blog na swojej liście blogów lub umieści wpis na facebookowej stronie Szkoły Patchworku https://www.facebook.com/pages/Szko%C5%82a-Patchworku , a potem udostępni go swoim znajomym, weźmie udział w losowaniu nagród. Napiszcie w komentarzach, w jakich kursach Szkoły Patchworku chciałybyście wziąć udział, gdybyście mogły. Nagrodami są zestawy tkanin Deny Fisbein z kolekcji Painted Garden: 1 zestaw 30 tłustych ćwiartek, czyli ponad 6 m (!!!) tkaniny, 3 zestawy charm packów po 30 kawałków, 6 na 6 cm każdy, oraz 5 broszek patchworkowych osobiście przeze mnie wykonanych.
Na wpisanie komentarza macie czas do 11 lutego do godziny 11.00. Te osoby, które zrobią wpis na blogu i chcą wziąć udział w losowaniu nagród, proszone są o podanie mailem na adres anna.slawinska@szkolapatchworku.pl swojego adresu mailowego.
W zeszłym tygodniu moja przyjaciółka, z którą studiowałam na Archeologii śródziemnomorskiej, broniła pracę doktorską o tkactwie w Grecji minojskiej. Pisała w niej nie tylko o zabytkach, ale również o społecznych uwarunkowaniach zajmowania się tkactwem, między innymi o czymś, co nazwała transem - rodzajem zatracenia w trakcie takiej czynności, jak tkanie. Mogłabym dodać, że znam to z własnego doświadczenia - kiedy siadam do szycia lub pikowania, nie mogę oderwać się od maszyny. I tylko mruczę sobie pod nosem: "jeszcze tylko jeden rządek", "jeszcze tylko dojdę do tego miejsca". Tak też jest na naszych zajęciach, a ponieważ jest nas wtedy spora grupka, ta pozytywna energia, która nam towarzyszy, kumuluje się i wychodzi z tego coś bardzo fajnego. Życzę wszystkim takich przeżyć, jakie są wtedy naszym udziałem!
poniedziałek, 20 stycznia 2014
Jak ta lala...
W ramach porządków noworocznych (wychodzi na to, że zajęły mi trochę czasu), przeglądam swój komputer i wyrzucam z niego tony różnych śmieci, ale wśród nich pojawiają się czasem nawet fajne rzeczy, które kumuluję w kilku folderach. Np. w folderze z moimi szyciami różnymi, pojawił się folder "moje lale". A w nim między innymi taka słodka blondynka:
I równie świetnie pozująca do zdjęć szatynka:
Skromniutko przy nich wygląda ta blondyneczka:
A już zupełnie odbiega od nich dziewczyna rasta (ktoś mi poradził, żebym na jej t-shircie narysowała listek... wiadomo czego).
I na koniec przeglądu części moich lal, skoro już jesteśmy przy rasta, jedyny chłopak w towarzystwie i punkowiec:
Jak na prawdziwego punka przystało, Zdzisio ma agrafkę w uchu, irokeza i poszarpane spodnie.
I rudzielec:
A już zupełnie odbiega od nich dziewczyna rasta (ktoś mi poradził, żebym na jej t-shircie narysowała listek... wiadomo czego).
I na koniec przeglądu części moich lal, skoro już jesteśmy przy rasta, jedyny chłopak w towarzystwie i punkowiec:
Jak na prawdziwego punka przystało, Zdzisio ma agrafkę w uchu, irokeza i poszarpane spodnie.
A ponieważ zdarza się, że magazyny publikują też kulisy sesji zdjęciowej, opublikuję i ja. Żeby nie było tak słodko, bo moje modelki miały humory niczym supermodelki. Niech nikogo nie zwiodą te ich słodkie uśmiechy...
A to fryzura nie odpowiadała...
To znów groszki nie pasowały do rajstopek w paski.
A granat do karnacji.
Były też aluzje, że pomarańcza to nie jest najwygodniejsze miejsce do siedzenia...
I jak tu takim... lalom dogodzić? Tak mnie wymęczyły, że od kilku miesięcy nie uszyłam ani jednej. Narzuty patchworkowe są mniej wymagające!
poniedziałek, 6 stycznia 2014
Co robi quilterka, kiedy nie szyje?
I oczywiście, kiedy nie musi zarabiać na życie hmmm...
Na przykład... szyje. Tyle, że coś innego. Chociażby biżuterię. W ostatnich dniach poczyniłam kilka broszek. Z filcu (bo nie trzeba go obszywać i się nie siepie) połączonego z metalowymi suwakami. Efekt przypomina trochę witraż.
Na początek... no tak, oczywiście patchworkowa i oczywiście niebieska, broszka w kształcie muszli.
i kota
Wytłumaczę się tylko z tej różowości: kot jest prezentem dla koleżanki, która uwielbia ten kolor, a słoń, jak widać nie wygląda zbyt realistycznie, to i kolor musiał być odjazdowy. Następne zwierzątko ma już prawdziwszy kolor.
za to fioletowe są zabójcze wąsiki i nos, który zrobiłam sama metodą igłową, oczywiście poświęcając do krwi opuszki palców.
Zrobiłam jeszcze ślimaka.
I stosunkowo niedużego ptaka ze skrzydełkiem w 3-D (średnio inne broszki mają po 7 cm lub nawet 8).
I również niedużego konika.
I na koniec inspirowane bardziej florą niż fauną kolejne dwie broszki. Gałązka z listkami
i coś w rodzaju liści kasztana.
A od jutra?
Od jutra wracam do świata patchworków!!!
Na przykład... szyje. Tyle, że coś innego. Chociażby biżuterię. W ostatnich dniach poczyniłam kilka broszek. Z filcu (bo nie trzeba go obszywać i się nie siepie) połączonego z metalowymi suwakami. Efekt przypomina trochę witraż.
Na początek... no tak, oczywiście patchworkowa i oczywiście niebieska, broszka w kształcie muszli.
Najwięcej zrobiłam zwierzątek, a najbardziej jestem dumna z projektu słonia i kota
Wytłumaczę się tylko z tej różowości: kot jest prezentem dla koleżanki, która uwielbia ten kolor, a słoń, jak widać nie wygląda zbyt realistycznie, to i kolor musiał być odjazdowy. Następne zwierzątko ma już prawdziwszy kolor.
za to fioletowe są zabójcze wąsiki i nos, który zrobiłam sama metodą igłową, oczywiście poświęcając do krwi opuszki palców.
Zrobiłam jeszcze ślimaka.
I stosunkowo niedużego ptaka ze skrzydełkiem w 3-D (średnio inne broszki mają po 7 cm lub nawet 8).
I również niedużego konika.
I na koniec inspirowane bardziej florą niż fauną kolejne dwie broszki. Gałązka z listkami
i coś w rodzaju liści kasztana.
A od jutra?
Od jutra wracam do świata patchworków!!!
wtorek, 31 grudnia 2013
Kolorowy akcent na koniec roku
Doszłam do wniosku, że koniec roku to świetny moment, by wrócić do pisania bloga, tym bardziej, że ku mojemu przerażeniu ostatni wpis był baaardzo dawno temu. Rozpisywać się nie będę. Raczej w ramach podsumowania starego roku i dobrej wróżby na nowy, pokażę (zdjęciowo) historyjkę, która jest marzeniem każdej osoby zajmującej się patchworkami.
Najpierw krótki wstęp. W maju poznałam Kasię, której bardzo spodobały się moje narzuty i postanowiłyśmy dokonać wymiany. Kasia podarowała mi maszynę do obciągania guzików - wiem, nie jest to urządzenie pierwszej potrzeby, ale zawsze o nim marzyłam i już mam na nie kilka pomysłów. Ja zaś miałam jej sprezentować jeden ze swoich patchworków. Tak wyglądała mniej więcej wizyta, podczas której Kasia miała wybrać patchwork - zdjęcia są niezbyt dobrej jakości, ponieważ robione były komórką, za to świetnie oddają sytuację.
Najpierw krótki wstęp. W maju poznałam Kasię, której bardzo spodobały się moje narzuty i postanowiłyśmy dokonać wymiany. Kasia podarowała mi maszynę do obciągania guzików - wiem, nie jest to urządzenie pierwszej potrzeby, ale zawsze o nim marzyłam i już mam na nie kilka pomysłów. Ja zaś miałam jej sprezentować jeden ze swoich patchworków. Tak wyglądała mniej więcej wizyta, podczas której Kasia miała wybrać patchwork - zdjęcia są niezbyt dobrej jakości, ponieważ robione były komórką, za to świetnie oddają sytuację.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















