poniedziałek, 1 września 2014

Chwalę się!!!



A co tam. Muszę się trochę podreklamować. Od dzisiaj w sklepie Ładne tkaniny jest w sprzedaży moja autorska kolekcja tkanin ręcznie farbowanych. Farbuję tkaniny na swoje quilty już od bardzo dawna, bo nie za bardzo mogłam znaleźć kiedyś w polskich sklepach taki wybór, który by mi odpowiadał. Obecnie sklepów jest więcej, zwłaszcza tych z tkaninami patchworkowymi, ale ja "wsiąkłam" w te malowane. Są cudowne, mają mocne nasycone kolory, co lubię, poza tym świetnie nadają się na quiltowe obrazy. Bo dają taki malarski efekt, co widać powyżej i poniżej.


Do farbowania używam genialnych barwników Procion MX, które nie odbarwiają się w praniu, pięknie się ze sobą łączą i dają intensywne kolory, oraz bardzo dobrej bawełny, miłej w dotyku.
W sprzedaży będą pojedyncze kupony. Duże wielkości 75x75 cm oraz nieco mniejsze 50x68 cm, czyli takie tłuste ćwiartki z okładem - większe niż klasyczne amerykańskie fat quarters.


Ponieważ ręcznie farbowane tkaniny dają taki rozmazany batikowy efekt można je wykorzystywać nie tylko w klasycznych patchworkach, ale również art quiltach. Powyższy kupon, który nazwałam pogodne niebo, może być elementem krajobrazu, ale również na przykład quiltu typu witraż. Podobne tkaniny użyłam w swoim quitowym witrażu Fantastyczne kwiaty.

 
A także w quilcie Wiosna. I w jednym, i w drugim przypadku, wygląda to o wiele lepiej niż tkaniny jednolite.
 
 
W sprzedaży będą również tkaniny w zestawach. Jeden kolor, ale w różnych odcieniach.
 
 
A także zestawy w różnych kolorach, tak jak poniżej, gdzie żółć przechodzi w pomarańcz, a potem w czerwień.
 

 
Będą również kupony różnokolorowe, tak jak ten na początku posta lub poniższy. Serdecznie zapraszam do Ładnych tkanin, w realu te ręcznie farbowane tkaniny są jeszcze ... ładniejsze.
 




piątek, 29 sierpnia 2014

Tęczowe dni

Nie, bynajmniej nie widziałam tęczy na niebie, ale u siebie w mieszkaniu. Jaką? Do tej pory to było TOP SECRET, ale już się mogę pochwalić. Od września farbowane przeze mnie tkaniny znajdą się na półkach (i stronie internetowej) sklepu Ładne Tkaniny. Urszula Kubicka-Kraszyńska zaproponowała mi, żebym zaprezentowała u niej swoją autorską kolekcję i od przyszłego tygodnia pierwsze tkaniny będą już w sprzedaży. Autorska kolekcja to brzmi dumnie, więc nie mogłam się oprzeć, zwłaszcza, że będzie ona w bardzo dobrym towarzystwie. Urszula, jak wiadomo, ma tkaniny super jakości, dobrych fabryk i znanych projektantów, są wśród nich Philip Jacobs, Tula Pink, Denyse Schmidt czy moja ulubiona Amy Butler.

Od kilku lata sama farbuję swoje tkaniny, więc propozycja Urszuli była dla mnie rozwinięciem tego, co robię "na co dzień". I co uwielbiam robić, chociaż to bardzo brudna robota. Tak mniej więcej wyglądała przez ponad tydzień moja kuchnia:

Jak już pisałam, naprawdę widziałam tęczę - z kafelków barwnik da się zmyć, ale już z fug pomiędzy nimi nie bardzo. Dlatego od wielu lat moje szare fugi są mniej więcej żółto, czerwono, niebiesko zielone.


Na szczęście tym razem nie ufarbowałam się sama - zazwyczaj po takim seansie farbowania, mimo środków ostrożności (grube gumowe rękawice), mam turkusowe palce, czerwone ręce powyżej nadgarstków lub dodaję kolejną plamę do ubrania, w którym to robię. A chciałabym podkreślić, że barwniki Procion MX są baaardzo trwałe, kiedy znajdą się na skórze, schodzą bardzo powoli. Za to kiedy znajdą się na tkaninie (a raczej w tkaninie, bo z łatwością są przez nią wchłaniane), nie dają w ogóle sprać. I są ekologiczne - dwa, trzy prania po farbowaniu wystarczą, żeby woda po kolejnym praniu była już czysta. Na zdjęciu poniżej widać dwa zestawy czerwieni: jeden z odcieniami zimnymi, drugi z ciepłymi, na jednym zestawie jest biała opaska. To krajka, którą odcinam z białego materiału przed farbowaniem i wrzucam do ostatniego prania, żeby sprawdzić, czy woda jest już czysta.
 
 
Dzięki temu, że sama farbuję tkaniny, mogę na przykład już góry przygotować sobie zestaw kolorystyczny, który będzie dominował w patchworku lub art quilcie. Przygotowując tkaniny dla Uli, przy okazji ufarbowałam sobie zestaw składający się z fioletów, żółci i mieszanek tych dwóch barw, który bardzo mi się podoba. I już wiem dokładnie, co będę z niego będę szyła, kiedy uporam się z aktualnymi projektami.
 
 
Tkaniny farbowane dają możliwość również tworzenia zestawów ombre, czyli cieniowanych - to jedyna możliwość u nas w Polsce, bo niestety do tej pory nie widziałam tak zestawianych barw w naszych sklepach. Sama uszyłam kilka takich narzut, między innymi tę fioletową.
 
 
 
 
Jednak wracając do tkanin, które do tej pory farbowałam - możliwości są nieograniczone. Największa jest moja kolekcja czerwieni (może dlatego, że błękity "schodzą" mi szybciej?). Uzbierałam tego niezły stosik. Poniżej część większych kuponów, ale mam jeszcze mniejsze kawałki.
 
 

Jak widać odcieni jest mnóstwo: od makowych, marchewkowych, malinowych, poprzez prawie różowe, prawie fioletowe, prawie brązowe. Poza tym tkaniny nie są jednolicie ufarbowane i dają fajny batikowy efekt. To część łatek, z których prawdopodobnie powstanie poduszka.


Na koniec, skoro jestem przy ciepłych czerwieniach, jeszcze pochwalę się moim zestawem słonecznym, a w poniedziałek kolejne informacje na temat moich tkanin sprzedawanych w Ładnych Tkaninach.





środa, 27 sierpnia 2014

Powrót, patchwork i pikowanie

Wracam na łono swojego bloga, do którego zaglądałam ostatnio dawno temu. Nie oznacza to, że absolutnie nie działałam patchworkowo. Działałam i powoli wszystko wykańczam - będę miała we wrześniu wystawę w zaprzyjaźnionej galerii, więc trzyma mnie termin. Ale o tym potem.
Na razie dowód na to, że nie zardzewiałam patchworkowo - zdjęcia z wydarzenia, na którym byłam 28 czerwca. Firma Yuki zorganizowała w centrum Warszawy spotkanie i prezentację swoich maszyn. Zaprosiła na to spotkanie Ulę Kaszyńską ze sklepu Ładne Tkaniny, a Ula zaprosiła mnie, żebym poprowadziła mini-warsztaty dla chętnych. Chętnych okazało się baaardzo dużo. Z wybiciem godziny dwunastej, czyli w samo południe, ustawiła się do nas megakolejka, która zaczęła się przerzedzać dopiero około godziny szóstej. Nie dziwię się: miały do dyspozycji piękne tkaniny od Uli, bardzo dobre maszyny i nas do pomocy.

Tak wyglądał nasz mini warsztat: cięłyśmy materiały, część osób szyła, a reszta stała (lub siedziała) w kolejce, przyglądając się, co robimy.

Tematem była chatka, czyli log cabin, która gwarantuje, że w pół godziny (mniej więcej) może powstać niewielka podkładka. Chętnych było wiele, w różnym wieku i stopniu zaawansowania szyciowego. Na przykład małe dziewczynki - jedna z nich była pod opieką taty, który cierpliwie wysłuchiwał z nią naszych rad.
 
 
 

 
Mimo kilkugodzinnego zabiegania, zdołałam zrobić sobie kilka minut przerwy i spełnić wielkie marzenie. Stanęłam przy profesjonalnej maszynie do pikowania. Nie tylko stanęłam, ale i trochę popikowałam.
 

 
Dziwne wrażenie. Przyzwyczajona do pikowania na domowej maszynie, czułam się tak, jakbym musiała rysować na małej kartce papieru długopisem długości 40 cm. Quilterka z Włoch, która obsługiwała maszynę, "pocieszyła" mnie, że uczyła się rok, żeby ją dobrze opanować. Spotykałam na imprezie dużo znajomych, głównie naszych kursantek ze Szkoły Patchworku, dużo osób pytało też mnie, czy nie ma w Warszawie lub okolicach punktu, gdzie można odpłatnie dawać do pikowania uszyty przez siebie patchwork. Niestety nie ma. A taka właśnie jest tradycja w Stanach Zjednoczonych - w każdym hrabstwie (odpowiadającym naszemu powiatowi) jest przynajmniej jeden punkt, gdzie kobiety, które nie potrafią, nie mają cierpliwości lub czasu pikować, mogą oddać swój patchwork. Szkoda, że żadna firma zajmująca się maszynami do szycia nie wpadła na pomysł, żeby w ramach reklamy udostępnić taką maszynę. Bo niestety nie jest w "zasięgu" zwykłych quilterek: kosztuje trzydzieści parę tysięcy złotych i zajmuje strasznie dużo miejsca. Pocieszam się tym, że nasze patchworkowe towarzystwo się powiększa w szybkim tempie, więc może ...

 

czwartek, 6 marca 2014

Fantasy flowers

Tak z angielska nazwałam swój trzeci witrażowy obraz. Trzeci, ale największy. Poprzednie były zwykłymi makatkami, ten ma 108 na 88 cm. W zasadzie będzie miał, bo na razie jest jedynie zszyty i wyprasowany.


Jeszcze czeka mnie pracowite pikowanie i trochę się boję zepsuć dotychczasowy efekt. Na wszelki wypadek zostawię je sobie na przyszły tydzień, kiedy będę mieć więcej czasu. Boję się, że kiedy zacznę pikować, nie będę mogła się od tego oderwać, a doba nadal ma tylko 24 godziny.
Obraz przysporzył mi problemów w jednym miejscu, potwierdzając powiedzenie, że co za dużo, to niezdrowo. Według mojego projektu płatki czerwonego kwiatka miały się spotkać w środku, ale za pomocą tej techniki - używałam lamówki - okazało się to niemożliwe. I wyszła dziwna sytuacja.


Musiałam się zdecydować na cięcie radykalne i usunąć niewielkie ilości płatków razem z konturem, a na ich miejsce dać oddzielny środek.
 


Okazało się jednak, że za bardzo odcina się od całości. Koniec końców zdecydowałam się na środek w tym samym kolorze, co reszta płatków, tylko odrobinę jaśniejszy.

 
 
Technika witrażowa jest bardzo efektowna i wbrew pozorom nie jest skomplikowana. Technika, a raczej techniki, bo metod do uzyskania podobnego efektu jest kilka. Poza tym, to wcale nie musi być witraż. Można naśladować w te sposób pop art, a nawet komiksy - wszystko, co zawiera ciemniejszy kontur. Małgosia, chodząca na zajęcia indywidualne, które prowadzi Szkoła Patchworku, dała mi się namówić na uszycie witrażowej papugi.


 
 Papuga będzie prezentem dla jej syna, który hoduje nie tylko papugi, ale i gołębie. Na naszych zajęciach powstanie nieduża bardzo kolorowa makatka. Na razie papuga składa się konturów, dostała skrzydełko, a w przyszłym tygodniu na macie będzie żółty brzuszek i reszta dość małych elementów.


 Wszystkich zainteresowanych technikami aplikacji witrażowej zapraszam 29 marca na zajęcia, które poprowadzę w Szkole Patchworku razem z Anią Sławińską.
 

niedziela, 2 marca 2014

Patchwork w 3-D

Jak inaczej można nazwać coś, co nie jest płaskie i uszyte zostało z kawałków tkanin? Miałam kiedyś taką fazę na szycie miseczek i wazonów. Ekstra pomysł na prezenty dla osób, które oczekiwały, że dostaną coś "z mojej bajki", ale niekoniecznie wielką narzutę.


Fakt, szycie narzuty zajmuje dużo więcej czasu, ale, wbrew pozorom, przygotowanie tekstylnej miseczki, to nie jest takie szast prast. Dwie godziny roboty murowane.


Najpierw trzeba przygotować wykrój. Bardzo dokładny, żeby denko i ścianki "naczynia" spotykały się w odpowiednim miejscu. A potem bardzo dokładnie je wyciąć i zszyć z wypełnieniem w postaci filcu w środku. Jeśli zabraknie tej dokładności, miseczka albo wazon będą nieco rozchybotane.

 

Przy czym to rozchybotanie w przypadku wazonów jest, oczywiście, większym problemem - wazony się po prostu przewracają.


Co zresztą widać na załączonym obrazku. Czarny wazon przechyla się, jeśli nie ma w środku wypełnienia. Z tym drugim wazonem, uszytym w kształcie amfory z farbowanych przeze mnie tkanin, był inny problem. Wazony miały być w założeniu nie tylko ozdobą. Wymyśliłam sobie, że będą najpierw służyć jako etui na butelkę na wino, a po konsumpcji tegoż, można butelkę znów wstawić do środka, nalać do niej wody i włożyć kwiaty. Wszystko było OK - rozrysowując części wazonu, sprawdziłam, czy denko jest większe niż butelka. Zapomniałam tylko, że amfora ma zwężaną szyjkę i przez taką zmieści się jedynie chyba tylko wąska menzurka.
Za to inny wazon, prostszy kształcie, bez problemu zdał egzamin praktyczny. Ponieważ jednak był dość niski, wstawiliśmy do niego szklankę.

 

Na tulipany jak znalazł.
Jedyny patchwork w 3-D, przy którym posiłkowałam się wykrojem znalezionym w Internecie (wzór był FREE!!!), miał kształt liścia. Efektowny, ale obrzucenie brzegów ściegiem satynowym trwało i trwało i trwało.

czwartek, 13 lutego 2014

Minimalizacja

Kilka dni temu Szkoła Patchworku, którą założyła Ania Sławińska i którą razem z nią prowadzę, obchodziła swoją pierwszą rocznicę. Z tej okazji przygotowałyśmy prezenty, a wśród nich moje broszki, filcową wersję log cabin. Zawzięłam się i zszywałam je ręcznie, co trochę trwało.


Dzisiaj broszki zostały rozesłane, a ja postanowiłam w ramach urozmaicenia przygotować nieco inny wzór. Na przykład kwadraciki. Czyli moim zdaniem jeden z najtrudniejszych wzorów, jeśli chce się, by wszystkie szwy spotkały się tak, jak powinny.
Mój patchwork, a raczej przyszła broszka, ma na razie 4 na 4 cm. Każdy kwadracik po zszyciu ma 1 na 1 cm. Najgorsze było rozprasowywanie szwów. Gdybym nie miała mini żelazka (za które nota bene bardzo Ci Aniu, dziękuję), pewnie skończyłby się na poparzeniu palców wielkim w porównaniu z nim Philipsem.



Na razie mój patchworczek prezentuje się skromnie, obszyję go jeszcze ramką, doszyję zapięcie i broszka będzie gotowa.


A swoją drogą kiedyś nie mogłam wyjść z podziwu (i ze zdziwienia), że japońskie quilterki zszywają takie maluszki z jedwabiu i ręcznie. Tyle że one szyją z takich mikrych elementów całe narzuty, czasami siedząc nad nimi po kilka miesięcy.
A mnie kusi, oczywiście, kiedy już skończę moje dzieło, mini Drunkard Path, wzór składający się z zaokrągleń. Ciekawe, czy można go wykonać w wersji 7 na 7 cm... Na zajęcia z szycia po łuku, które planujemy prowadzić w niedzielę, będzie jak znalazł.

czwartek, 6 lutego 2014

Nowe broszki mi się poczyniły

Bawię się tymi broszkami w przerwach między szyciem patchworków. Bawię się ich projektowaniem i tym, że w przeciwieństwie do takiej narzuty 2 na 2 metry, tutaj widzę efekt już (!) po dwóch godzinach. No i filc się nie strzępi, tak jak bawełna...
Na razie nadal "idę w" zwierzątka. Na początek biedronka z siedmioma kropkami na szczęście.


Nieco strojniejszy motyl w moich ulubionych kolorach.


I jeszcze bardziej strojny paw.

 
Powtórzyłam też broszkę kwiatkową. Tym razem w słonecznych kolorach.
 
 
I chyba następne projekty pójdą w stronę flory, a nie fauny...