Pokazywanie postów oznaczonych etykietą quilt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą quilt. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 lipca 2017

Chain Links, czyli gdy quilterka się spieszy…

Chain Links. Pierwszy po wielu miesiącach w pełni gotowy quilt, który mogę wreszcie opublikować. 
Opisana poniżej historia, pełna „dramatycznych zwrotów akcji”, niczym w quilterskim suspensie godnym Hitchcocka, zaczęła się jakiś czas temu i jest dość długa, więc podzieliłam post na części.
Kilka lat temu…

Coraz częściej zaczęłam zarzekać się, że napiszę książkę o patchworku. Taką, jaką chciałabym mieć do dyspozycji lat temu X-dzieści, kiedy pierwszy raz zaczynałam zszywać łatki, a na pewno naście lat temu, kiedy wróciłam do patchworku na dobre. W tamtych przedinternetowych, a później wczesnointernetowych czasach wszystkie uczyłyśmy się go metodą prób i błędów oraz zgadywanek. Kilkadziesiąt przeczytanych książek, równie dużo uszytych narzut i kilimów oraz mnóstwo przeprowadzonych warsztatów później moje marzenie przybrało realne kształty.
Wiosną zeszłego roku

Okazało się, że tym pomysłem zainteresowało się kilka firm. Na początek Juki, na której evencie kilka lat wcześniej prowadziłam warsztaty dla sklepu Ładne tkaniny, potem sam sklep Ładne tkaniny, a później kolejny sklep Outlet tkanin, gdzie prowadzę warsztaty obecnie, oraz sklep Kiltowo. Okazało się też, że mogę liczyć na pomoc Olfy, którą każda quilterka (i każdy quilter) zna z mat, linijek i noży krążkowych. Nie zdążyłam wysłać oferty do innych firm z maszynami, bo bardzo szybko dostałam potwierdzenie z firmy EMB „od” maszyn Brother.

Na koniec do grona sponsorów dołączyła hurtownia Galplast, która w naszym kraju jest reprezentantem takich firm, jak Clover, Prym i Gütermann. No właśnie, Gütermann. Można powiedzieć, że od niego zaczęła się realizacja książki i na nim w zasadzie skończyła. I to z przygodami.
O tym, że Gütermann ma w ofercie nici, oczywiście wiedziałam. Byłam zakochana w jego kolekcji bawełnianej, jeszcze do niedawna trudnej u nas do dostania. Ale tkaniny?
Kiedy w maju odwiedziłam pierwszy raz Galplast, dostałam do obejrzenia mnóstwo katalogów właśnie z bawełnianymi materiałami Gütermanna. I znalazłam się w quilterskim niebie. Tkaniny są świetnej jakości, a wybór kolorów i wzorów oszałamiający. Mogłam z góry zaprojektować sobie patchworki, nie biegając po sklepach, by dopasować do siebie różne rzeczy. Koniec końców dwie z wybranych tkanin, z kwiatami oraz ptakami i ważkami z kolekcji Long Island stały się w pewnym sensie motywem przewodnim gotowej książki (tak, jest gotowa, ale o tym później). Czyli pojawiają się w kilku rozdziałach.  
Tkanina z kolekcji Long Island. Odrysowuję łatki szablonem domowej roboty. Niestety dopiero później mam do dyspozycji szablony z Kiltowo - przezroczyste, więc łatwiej by mi było wybierać najfajniejsze miejsca na tkaninie. Jak widać na zdjęciu decyzja była trudna.
 Kiedy zobaczyłam te tkaniny, od razu wiedziałam, że wybiorę dla nich coś bardzo tradycyjnego i na pierwszy ogień poszedł wzór Drunkard`s Path, a potem uszyłam Chain Links, którą to wersję „ćwiartek” zdecydowanie wolę.



Drunkard`s Path jest stosunkowo mały. Ma raptem 55 cm. Grzeczne boki, czyli zwykłą lamówkę. Pikowanie: stippling. Dlaczego? O tym, jak wybierać wzór pikowania, żeby nie przytłumić nim tkanin, zwłaszcza tych o dużych, efektownych wzorach, piszę na stronie 145 książki:)


Chain links rozrósł się do ponad 100 cm i okazało się, że to nie koniec. Ale o tym poniżej.

Na razie sytuacja jest następująca: mam tkaniny (piękne), wzór (ulubiony) i czegoś mi brakuje. Ano tak – tła. Niestety nie dysponuję jednolitą tkaniną z tej samej serii, nie jestem nawet pewna, czy jest w Polsce w sprzedaży. Co robię? Jadę oczywiście do Ładnych tkanin, gdzie wspólnie z Urszulą, właścicielką sklepu, wybieram róż - identyczny z tym, który znajduje się na płatkach kwiatów. Wiem, wiem, to lekka przesada, ale… Skoro mogę, czemu nie.

Wybieram jeszcze amarant na lamówkę, podobny do intensywnego różu, który również jest (hmmm) na płatkach kwiatów i mam już całość, a przynajmniej tak mi się wydaje.
Koniec lata, początek jesieni 2016

Szyję Drunkard`s Path, bo to podstawowy wzór na „ćwiartkę”. Szyję Chain Links, ponieważ po prostu lubię. Mija kilka miesięcy.

Koniec zimy 2017

Strony z materiałem o ćwiartkach są już dawno zrobione (102-103), a ja "po drodze" wykorzystuję obydwa patchworki jeszcze w innych miejscach książki. Przepikowany Drunkard`s Path kończy w części poświęconej lamówkom, a drugi wzór? Będzie bohaterem stron z muszelkami, ale też, jak się okazuje, ostatnich dni poświęconych mojej pracy nad książką.

Tym razem jesteśmy w takim momencie, jak na zdjęciu:
 
Chain Links gotowy ( a przynajmniej tak mi się wydawało) do pikowania.


Kończy się wiosna, zaczyna lato

Jestem strasznie spóźniona, bo „trochę” nierealnie podeszłam do ram czasowych pracy i optymistycznie obiecałam (sobie i innym), że książka będzie gotowa pod koniec roku 2016. W ciągu dziesięciu miesięcy wymyśliłam, napisałam, uszyłam i częściowo samodzielnie sfotografowałam materiał, który spokojnie wystarczyłby na dwie craftingowe książki. Mój projekt rozrósł się do ponad 180 stron. Praca była bardzo intensywna, czasami po kilkanaście godzin dziennie siedziałam na zmianę przy komputerze i przy maszynie. Jednym słowem jestem zmęczona, a czas goni.

Z powyższych przyczyn akcja MUSI mocno przyspieszyć. Na szczęście zostało jeszcze tylko kilka stron.
Zdaję sobie sprawę, że na muszelki (czyli zaokrąglenia wzdłuż brzegów quiltu) powinnam mieć trochę dodatkowego miejsca, więc przydałaby się jakaś bordiura. Dzwonię do Ładnych tkanin, ale okazuje się, że „mój” róż wyszedł. Nic dziwnego, kupowałam go przecież już dawno temu. No, ale przecież nie musi być taki sam. Jakiś czas wcześniej kupiłam w Outlecie tkanin jeszcze jaśniejszy róż na tył innego quiltu, więc stwierdzam, że wykorzystam go też wzdłuż brzegów. A ponieważ boję się, że różne róże się nawzajem pogryzą, postanawiam rozdzielić je amarantem. Tym, który miał być lamówką. Grunt to być elastycznym...
I tu akcja przyspiesza drastycznie. I to dosłownie drastycznie.

Początek czerwca

Obszywam patchwork amarantowym paskiem, potem bladoróżowym. Wszystko idzie mi (podejrzanie) sprawnie. Zabieram się za robienie kanapki...
Wcześniej napisałam w materiale do książki, żeby: 1/uważać przy prasowaniu tkanin jasnych; 2/ często czyścić nie tylko stopę żelazka, ale i jego wnętrze. Zabieram się do prasowania różowego spodu, daję dużą parę, a moje żelazko, dzień wcześniej (książkowo) oczyszczone, zaczyna wyrzucać z siebie jakieś błoto. Plam, oczywiście, nie da się zeprać. Pocieszam się tym, że przecież mam duży kawałek tego różu i… No tak, przecież nie planowałam wcześniej, że część wezmę na bordiurę. Brakuje mi dosłownie 5 cm!!!!!!!!!!!!!!
Dzwonię do Outletu tkanin: na szczęście róż jest!!! Jadę przez korki dwie godziny w jedną stronę, żeby go odebrać. Na miejscu powodowana jakimś przeczuciem kupuję jeszcze kilka szpulek nici w pieczołowicie wybranym odcieniu różu. Nici są Gütermanna (= żeby być " w temacie" i na wszelki wypadek). 
Wracam, piorę, prasuję. Nic się nie dzieje. Dziiiiwne. I w tym momencie dotykam ręką rozgrzanego żelazka. Jestem tak naładowana patchworkową adrenaliną, że rejestruję ten fakt, dziwię się, że nie boli i spokojnie zaczynam przygotowania do quiltowej kanapki. Po godzinie ból przypomina mi o oparzeniu, a kciuk jest cały czerwony, po dwóch rana okazuje się dość kłopotliwa. Krem z pantenolem, na to bandaż, żeby nie poplamić tkanin i jazda. Koniec przygód? Nieeee.
Postanawiam tym razem po prostu spryskać warstwy klejem tymczasowym, żeby nie bawić się fastrygą, sięgam do szuflady, gdzie znajdują się kleje i losuję…. Gütermanna. 
 
Robi się trochę późno, a jeszcze czeka mnie pikowanie.
Nigdy bym w to nie uwierzyła, ale tak właśnie jest.
Układam na podłodze spód, układam wypełnienie i okazuje się, że nie mam odpowiednio dużego kawałka. Muszę je sztukować. Czas biegnie szybko, a sąsiedzi chyba mnie przeklną, jeśli znów po północy będę pikować. Postanawiam iść na skróty i drżącymi z niecierpliwości rękami ucinam paski zwykłej flizeliny, za pomocą której sklejam brzegi ocieplacza. 


I wtedy dociera do mnie, że przecież mam kupioną w Kiltowie specjalną taśmę flizelinową do sklejania wypełnień. Taaaa...

Musiałam na moment wstać od maszyny, żeby się uspokoić. I żeby nie było: sama nie mogłam się zdecydować, czy bardziej jestem wściekła, czy mnie całą ta sytuacja nie zaczyna bawić.

Kanapka zrobiona, a ja, jakbym miała za mało przygód, postanawiam zaoszczędzić i do pikowania biorę "gorsiejsze" nici. Doświadczenie sprawia, że to się wyczuwa: coś jest nie tak. I oczywiście, że jest nie tak. Pod spodem pojawia się zmora quilterki, czyli pętelki. Sprawdzam po kolei wszystkie punkty, które mogą być tego przyczyną (opisałam je na str. 14-15 mojej książki). I? Owszem, po zmianie nici na te kupione w Outlecie wszystko idzie jak z płatka. Nie zapominam tym razem nawet o podpisie.


Jest środek nocy, muszelki muszą poczekać.

Ostatnie dni

Brzegi z zaokrągleniami nie powstają w godzinę, ale też nie są tak trudne, jak się wydaje i, co najważniejsze, efektowne. Zabrały mi kilka godzin, ale było warto. Kolor? Skoro amarant poszedł na bordiurę, miałam do wyboru zieleń (bo listki) albo granat. Wybrałam granat. Nie tylko dlatego, że lubię, ale po prostu mam go mnóstwo w zapasie.

Jeden quilt gotowy. W prawym górnym rogu widać na wierzchu stosiku dwa gotowce, ale pod spodem kilka ufików czekających na swoją kolej.

 Uff, całość gotowa, ale postanawiam jeszcze „wykorzystać” obydwa patchworki na dosłownie ostatnich stronach książki, poświęconych wszywaniu tunelu i naszywaniu metki…

Takie nieprzewidziane wydarzenia, zdarzają mi się rzadko, ale chociaż jestem wtedy wściekła, potem już mogę się tylko śmiać. Skoro praca nad patchworkiem jest lepsza niż środek przeciwbólowy... 

PS: Kilka podpowiedzi: Tkaniny z serii Long Island można kupić w sklepie To i owo (klik), tkaniny jednolite w bogatym wyborze odcieni i kolorów są zawsze w Ładnych tkaninach (klik), a bladoróżową tkaninę kupiłam w Outlecie tkanin (klik). Nici Gütermann w w różnych rodzajach i odcieniach można kupić w sklepie To i owo (klik) oraz z Outlecie tkanin (klik). Polecam taśmę do sklejania wypełnień, która jest w Kiltowie, dzięki niej można zaoszczędzić mnóstwo czasu (klik).

środa, 3 czerwca 2015

Nowe doświadczenia dżinsowe

Kto by pomyślał, że dżins da mi tyle do myślenia (i tyle do roboty).
Kilka dni temu skończyłam pierwszą dżinsową narzutę. Nie było to moje największe dzieło - ma raptem (?!) 202 na 202 cm. Najcięższe jednak na pewno. Szkoda, że nie zważyłam, ale na szczęście dla siebie nie mam w domu wagi.
Projekt miał swój początek jakiś czas temu, na falach akcji miesięcznika "Molly potrafi". Dżinsy zostały pocięcie przez dwie moje koleżanki, a ja "jedynie" zszywałam łatki i pikowałam całość. Dużo dziewczyn wzięło wtedy udział w tej akcji, powstały fajne rzeczy, więc myślałam, że to pestka. Okazało się jednak, że nie do końca. Dżins jest tkaniną dość grubą, więc ciężką. Poza tym zajmuje dużo miejsca. Zmieszczenie go pod ramieniem maszyny podczas pikowania wymagało nie lada gimnastyki. Ale od początku, czyli od końca.
Narzuta prezentuje się tak:


Ma kontrastowe obszycie w kolorze czerwonym, co odrobinę na zdjęciu widać, i spód w intensywnym błękicie w białe gwiazdki. Wszystko świetnie wybrane przez obecną właścicielkę. Narzuta została zaaprobowana przez wszystkim domowników. Sama widziałam, jak najmłodsza członkini rodziny od razu po dostarczeniu narzuty przyraczkowała (czy jest taki wyraz w j.polskim?) i sobie na niej usiadła, a obok puchaty kot. Co było fajnym przeżyciem, chyba nawet fajniejszym, gdybym usłyszała mnóstwo pochwał.

Nie będę opisywać tutorialem, jak powstawała ta narzuta, ale mam kilka przemyślenio-rad.
Po pierwsze, dżins jest teraz tkany z dużą domieszką stretchu. Takich kawałków, rozciągających się we wszystkie strony, było całkiem sporo. Jedynym wyjściem okazało się dość gęste fastrygowane.
 

W kąt poszły wszystkie meble, a ja na klęczkach przez kilka godzin fastrygowałam i marzyłam o maszynie typu longarm. Z drugiej jednak strony zaplanowałam proste pikowanie, więc nie wiem, czy zdołałabym je wykonać na takiej maszynie.
Druga moja rada: zszywanie małymi partiami, a nie doszywanie kolejnym pasków. Przy ciężkości tkaniny jest to jedyne wygodne wyjście.
Narzutę zaprasowywałam oczywiście na jeden bok, więc przy szwie tworzyła się dość gruba warstwa. Żeby ją wyeliminować, postanowiłam przepikować narzutę nie w szwach, ale obok nich - w ten sposób nieco się spłaszczyły.


Brzeg tkaniny potraktowałam jako liniał i wzdłuż niego pikowałam na szerokość stopki. Niestety, kiedy spotykało się kilka łatek, a więc kilka warstw materiału, szew o milimetr lub dwa się przesuwał. Nie dało się tego uniknąć, chociaż używałam stopki walking foot, najlepszej, jak już teraz wiem, do zszywania dżinsu. Ja, oczywiście, widzę te milimetrowe przesunięcia, ale kiedy komuś o tym powiedziałam, odpowiedzią było jedynie zdziwione spojrzenie i stwierdzenie, że przesadzam.
Kolejny problem był z dobraniem nici. To akurat mi się udało bez problemu.
Casting rozpoczął się od kilku uczestniczek.


Do finału przeszły trzy.



Wygrała ta na górze. Okazała się tak świetna, że prawie wcale jej na materiale nie było widać. I to na różnych odcieniach dżinsu, nawet tego jasnego. Tak świetna, że kiedy musiałam popruć kawałek szwu, miałam z tym trudności.
I na koniec jeszcze jedna uwaga. Zazwyczaj nie stosuję tej metody, ale tym razem w niektórych miejscach musiałam. Chodzi mi o zwijanie w rulon podczas pikowania. W przypadku pikowania z wolnej ręki, kiedy przesuwa się narzutę we wszystkie strony, ta metoda wcale nie pomaga, a czasami nawet utrudnia pracę. Jednak przy pikowaniu po prostej linii, żeby pod ramieniem maszyny zmieściła mi się część quiltu, musiałam go zwinąć w ciasny rulon. Który się ciągle rozwijał, ale to już inna sprawa...

poniedziałek, 18 maja 2015

Ognisty ptak



Nie wiem, jak mi się to udało, ale uszyłam obrazek, który ma mniej niż 50 cm. Problem w tym, że nawet jak się zatnę, nie jestem w stanie uszyć czegoś mniejszego niż jakieś 100 cm, a najlepiej jeszcze więcej - mimo, że mam tylko domową maszynę, a nie taką wielgachną profesjonalną, niczym Juki, która stoi w Szkole Patchworku. Podziwiam osoby szyjące na przykład quiltowe kartki pocztowe. Ja nie jestem w stanie zmieścić się w małym formacie.
Tym razem mi się udało. Projekt jest jednym z wielu, które zaczęłam kilka (kilkanaście, kilkadziesiąt - niepotrzebne skreślić) tygodni temu. I przygotowywany jest na zajęcia w Szkole Patchworku, które odbędą się:
31 maja i 1 czerwca - farbowanie
13 czerwca - jak projektować i szyć quilty z farbowanych tkanin

Lubię tkaniny w jednolitych kolorach, nie ma to jak wzorzyste materiały do patchworków tradycyjnych, ale jeśli chce się uszyć coś bardziej artystycznego, najlepsze są tkaniny własnoręcznie farbowane. I nie tylko dlatego, że żaden sklep w Polsce nie zapewni mi dwudziestu kilku odcieni błękitów, zieleni lub... czerwieni


żeby powstał na przykład taki quilt


Chodzi też o to natężenie koloru, a jednocześnie efekt świetlistości, który można uzyskać na tkaninie ręcznie farbowanej.


I wbrew temu, co się sądzi, kolory są bardzo trwałe. Świat jednak poszedł do przodu, również w technice farbowania tkanin. Farby do tkanin, te dobrej jakości, nie wymagają godzinnego stania przy garze w oparach octu. W ogóle nie wymagają octu (ani godzinnego stania i mieszania). I jeśli się je odpowiednio traktuje, tkaniny ręcznie farbowane zachowują się grzecznie - nie farbują innych, nie płowieją. Ale o tym cdn.
 A na razie moje nowe dziełka shibori w ulubionych błękitach:



 

środa, 27 sierpnia 2014

Powrót, patchwork i pikowanie

Wracam na łono swojego bloga, do którego zaglądałam ostatnio dawno temu. Nie oznacza to, że absolutnie nie działałam patchworkowo. Działałam i powoli wszystko wykańczam - będę miała we wrześniu wystawę w zaprzyjaźnionej galerii, więc trzyma mnie termin. Ale o tym potem.
Na razie dowód na to, że nie zardzewiałam patchworkowo - zdjęcia z wydarzenia, na którym byłam 28 czerwca. Firma Yuki zorganizowała w centrum Warszawy spotkanie i prezentację swoich maszyn. Zaprosiła na to spotkanie Ulę Kaszyńską ze sklepu Ładne Tkaniny, a Ula zaprosiła mnie, żebym poprowadziła mini-warsztaty dla chętnych. Chętnych okazało się baaardzo dużo. Z wybiciem godziny dwunastej, czyli w samo południe, ustawiła się do nas megakolejka, która zaczęła się przerzedzać dopiero około godziny szóstej. Nie dziwię się: miały do dyspozycji piękne tkaniny od Uli, bardzo dobre maszyny i nas do pomocy.

Tak wyglądał nasz mini warsztat: cięłyśmy materiały, część osób szyła, a reszta stała (lub siedziała) w kolejce, przyglądając się, co robimy.

Tematem była chatka, czyli log cabin, która gwarantuje, że w pół godziny (mniej więcej) może powstać niewielka podkładka. Chętnych było wiele, w różnym wieku i stopniu zaawansowania szyciowego. Na przykład małe dziewczynki - jedna z nich była pod opieką taty, który cierpliwie wysłuchiwał z nią naszych rad.
 
 
 

 
Mimo kilkugodzinnego zabiegania, zdołałam zrobić sobie kilka minut przerwy i spełnić wielkie marzenie. Stanęłam przy profesjonalnej maszynie do pikowania. Nie tylko stanęłam, ale i trochę popikowałam.
 

 
Dziwne wrażenie. Przyzwyczajona do pikowania na domowej maszynie, czułam się tak, jakbym musiała rysować na małej kartce papieru długopisem długości 40 cm. Quilterka z Włoch, która obsługiwała maszynę, "pocieszyła" mnie, że uczyła się rok, żeby ją dobrze opanować. Spotykałam na imprezie dużo znajomych, głównie naszych kursantek ze Szkoły Patchworku, dużo osób pytało też mnie, czy nie ma w Warszawie lub okolicach punktu, gdzie można odpłatnie dawać do pikowania uszyty przez siebie patchwork. Niestety nie ma. A taka właśnie jest tradycja w Stanach Zjednoczonych - w każdym hrabstwie (odpowiadającym naszemu powiatowi) jest przynajmniej jeden punkt, gdzie kobiety, które nie potrafią, nie mają cierpliwości lub czasu pikować, mogą oddać swój patchwork. Szkoda, że żadna firma zajmująca się maszynami do szycia nie wpadła na pomysł, żeby w ramach reklamy udostępnić taką maszynę. Bo niestety nie jest w "zasięgu" zwykłych quilterek: kosztuje trzydzieści parę tysięcy złotych i zajmuje strasznie dużo miejsca. Pocieszam się tym, że nasze patchworkowe towarzystwo się powiększa w szybkim tempie, więc może ...

 

wtorek, 3 września 2013

Quilty mi się jakoś... okociły

Posiedziałam sobie godzinę przy szkicowniku, potem kilka godzin przy maszynie i teraz mam cztery quilty z kotami. Może quilt to za dużo powiedziane. Raczej quiltlet, bo obrazeczki są raptem dwa razy większe niż pocztówka. Wszystkie przygotowałam na zajęcia w Szkole Patchworku, którą prowadzę z Anią Sławińską. Zajęcia będą dla miłośników kotów i chciałyśmy na nich pokazać, jak łatwo można takiego zwierzaczka stworzyć za pomocą różnych technik. Ania pokazała swoją wersję na blogu, teraz kolej na mnie.



Te patchworkowe kotki, to czysta improwizacja. Na ich przykładzie pokażemy nie tylko, jak z prostych geometrycznych kształtów stworzyć swojego ulubieńca, ale też, jak przygotować poszczególne łatki, by wszystko można było równo zszyć. Patchworkowe kotki mają szczegóły domalowane flamastrami do tkanin, bo chciałam, żeby każdy "wewnątrz" był inny. Równie dobrze można nóżki, oczka i wąsiki wyhaftować.



Tym razem połączenie aplikacji i pikowania. I dowód, że nie trzeba kotów fotograficznie odtwarzać, żeby przypominały... koty.


Kot leży oczywiście na patchworkach. Ponieważ jednak całość jest niewielka, nie mogłam tych patchworków uszyć. Łatki musiałyby mieć po kilka milimetrów. Ale od czego są flamastry do tkanin i kredki? Jednym słowem powyższy obrazek to technika mieszana, aplikacja i malunek.


A to mój ulubieniec. Również w technice aplikacji urozmaiconej odrobiną pikowania (futerko i wąsiki).

A tak w ogóle podoba mi się pomysł, że w ciągu jednej lub dwóch godzin jestem w stanie coś skończyć. Żeby tak szybko szyło się narzuty...

środa, 10 lipca 2013

Praca wre

Hmm... "wre" to może za duże słowo, ale staram się, jak mogę. W głowie rodzą mi się kolejne projekty artystyczne, czyli obrazy na ścianę, a ponieważ nie lubię myśleć bezczynnie, sięgnęłam po zapasy. Jednym słowem, zanim wyklują mi się pomysły na obrazy, skończę jakąś narzutę, a może nawet dwie. 
Moje zapasy są poukładane w dwóch grupach. Pierwsza to stosik (a raczej niezły stos), który mam zawsze na oku, bo leży sobie tuż przy wejściu do pokoju. Piętrzą się na nim niewykończone narzuty, torebki, a nawet ciuchy. Te, które (przynajmniej teoretycznie) wykończę w najbliższej przyszłości. Druga grupa, to projekty, które trochę dłużej poczekają na swoją kolej. A ponieważ nie chcę, żeby wzbudzały we mnie poczucie winy, że się nimi nie zajmuję - dostały półkę w szafie, na samej górze, gdzie są mniej widoczne. Tym razem uszczupliłam grupę pierwszą, gdzie leżały dwa słodziaki, które zaczęłam szyć wiosną. I które wbrew pozorom łączy bardzo dużo. Po pierwsze, wzór. Po drugie, biel. Duuużo bieli. I po trzecie, fakt, że mogłam w nich wykorzystać wszystkie te fajne skraweczki, czasami naprawdę bardzo małe, których nie miałam serca wyrzucić.


 
Tę narzutę muszę jeszcze skończyć pikować.
 
 
Wzór pikowania powstał zupełnie niechcący - jest to coś w rodzaju spirali otoczonej płatkami kwiatów.
 
 
Taki wzór pikuje się bardzo łatwo i szybko.
 
 
Druga biało-kolorowa narzuta jest już przepikowana we wzór pawich piór i przycięta. Pozostaje mi ją tylko obszyć jakąś fajną listwą.
 
 
No, i mam z tym problem. Czy zrobić listwę do obszycia również z pozszywanych kawałków, co bardziej by pasowało do całości, czy z lenistwa po prostu obszyć całą narzutę jednym kolorem.
 
 
Napisałam na początku, że podstawą obydwu narzut jest taki sam wzór, ciekawa jestem, czy ktoś domyśli się jaki...

czwartek, 23 maja 2013

Skończyłam "Jesień", pora na coś nowego

Nareszcie skończyłam szyć "Jesień", czyli quiltowy obraz, który zamyka serię Cztery pory roku jadącą na wystawę do Berlina. Jest to najmniej lubiana przeze mnie pora roku. I, szczerze mówiąc, jej quiltową wersją również jestem najmniej zachwycona.


Niby zrealizowałam część  swoich pomysłów, ale coś mi nie gra.


Z dwóch rzeczy jestem zadowolona do końca, a mianowicie z farbowanych przez siebie tkanin, a także z pikowania. To pierwsze, dlatego, że chociaż nie przepadam za jesiennymi kolorami wokół siebie - nie mam ich w mieszkaniu, ani nie noszę takich ubrań - na materiałach wyszły mi, z tymi wszystkimi przenikaniami się barw, bardzo fajnie. To drugie, bo uniknęłam pokusy, żeby naśladować kształty liści i żmudnie odzwierciedlać każdą żyłkę. Po prostu mi się nie chciało, a i szkoda mi było zasłaniać pikowaniem kolory liści. A ponieważ miał być efekt liści unoszących się na wietrze, przepikowałam po prostu całość falowanymi liniami.

Pragnę też przedstawić debiutantki w roli quilterek, a mianowicie bardzo miłe panie, które odwiedziłyśmy z Anią Sławińską kilka tygodni temu. Panie bardzo chciały szyć ręcznie, więc pokazałyśmy im, jak powstają takie patchworki. Oto, co powstało od tego czasu:


Wielka narzuta z sześcianów uszyta ręcznie z grubych, ale bardzo efektownych tkanin zasłonowo-obiciowych.


Ręcznie przepikowana i dodatkowo ozdobiona haftem.


Prosta poducha powstała z bardzo śliskich tkanin, które potrafią być bardzo podczas szycia kapryśne.


Widoczek crazy, którego technikę docenić można, oglądając zbliżenia.


Ptaszki na ciemnozielonym tle, mają mniej niż jeden centymetr.


Dwa pieski niedaleko drzewa są tylko nieco większe.


Ale najbardziej mnie zachwyciły dwa bociany siedzące w gnieździe na drzewie.

Nasze kursantki z warsztatów Szkoły patchworku w sobotę i niedzielę również miały okazję poszyć ręcznie.

 
 

Jednak mam wrażenie, że tym razem najwięcej zwolenniczek miała technika faux chenille, w której można do woli przecinać patchwork przez kilka warstw.
A ja powoli zastanawiam się, za co zabiorę się w najbliższych dniach. W sensie patchworkowym, oczywiście.