piątek, 17 czerwca 2016
Farbowane nitki - i nie tylko
Nie, to nie jest moja najnowsza tkanina. Jeszcze tak subtelnego wzoru nie udało mi się do tej pory uzyskać. To, że się tak wyrażę, produkt uboczny mojego farbowania, ale... wszystko po kolei...
Przygotowywałam nową "kolekcję" tkanin, które można będzie niedługo kupić w sklepie Ładne Tkaniny, i jednocześnie materiały na warsztaty z farbowania, które poprowadzę w Szkole Patchworku (szczegóły poniżej), kiedy wzrok mój padł na kordonek leżący na stole. I tak powstał pomysł, żeby ufarbować też trochę nitek. Wiem, są multikolorowe nitki i włóczki w sklepach, ale zazwyczaj nijak się mają do moich potrzeb kolorystycznych, a wizja nici, które są idealnie w tych samych kolorach, a nawet odcieniach, co tkanina, była kusząca. Poeksperymentowałam więc trochę z różnymi nitkami i oto moje wnioski (bo trudno nazwać to tutorialem):
Po pierwsze, nitki lub włóczkę trzeba nawinąć w długie pasma, luźno związane w kilku miejscach. Im więcej tych "zawiązań", tym większa szansa, że po farbowaniu i wyjęciu z pralki włóczkę łatwo będzie zwinąć w motek.
Po drugie, nitki (lub włóczkę) trzeba przed farbowaniem dokładnie wyprać. Usuniemy w ten sposób różne chemikalia, które poprawiają jej wygląd, ale jednocześnie blokują dostęp barwnika.
Po trzecie, kilka minut po zalaniu roztworem barwiącym, trzeba jeszcze dodać roztwór z wodorowęglowodanem sodu (o szczegółach poniżej).
A teraz konkrety:
Farbowałam barwnikami Procion MX. Z włóczek najlepiej farbuje się nimi włóczka czysto bawełniana. Nie wchodzą w grę żadne mieszanki, bo w tych miejscach, gdzie nie będzie bawełny, włóczka nie ufarbuje się albo ufarbuje się, ale nie będzie trzymać koloru. Jednym słowem będzie farbować, mimo kilkukrotnego prania. Barwnikami Procion MX nie farbuje się również wełny - do jej barwienia stosuje się barwników kwasowych.
Uwaga, przy kupowaniu włóczki! Na moją prośbę o włóczkę bawełnianą proponowano mi włóczkę z bawełną 80% - musi być 100%!!! Mam wrażenie, że osoby sprzedające włóczkę i tkaniny nie za bardzo rozumieją, jaka jest różnica między czystą bawełną, a, dajmy na to, elanobawełną.
Świetnie barwniki Procion MX wyglądają na zwykłym kordonku lub mulinie. Mają żywe kolory, szybko się spierają. Powyższe motki są z polskiej Ariadny.
Ale...
Zauważyłam, że nitki, które są dość śliskie i nie tak puchate, jak mulina czy kordonek do haftowania, trudniej się później rozplątuje. Przyznaję, że tutaj akurat zrobiłam za krótkie pasemko i związałam je tylko w dwóch miejscach.
Czy będę jeszcze farbowała nitki? Do konkretnego projektu na pewno tak. Ale powyższy eksperyment był jedynie "przy" farbowaniu tkanin, a nie jako oddzielna praca.
Ale wracając do tkanin...
Powyższe tkaniny znajdą się niedługo w sklepie Ładne Tkaniny. Natomiast osoby zainteresowane ich powstawaniem zapraszam na warsztaty. O farbowaniu tkanin (również przy okazji - nitek), będę opowiadać na zajęciach, które odbywają się pod koniec czerwca i w lipcu w Szkole Patchworku. W malowniczej scenerii pod Puszczą Kampinoską, będziemy mieszać kolory, farbować techniką sun print i przygotowywać wzory japońskiego shibori. Więcej szczegółów znajdziecie na blogu Szkoły Patchworku.
wtorek, 24 maja 2016
Małe jest piękne (i pożyteczne)
Gadżety
patchworkowe dzielą się na te, które chcemy mieć, ponieważ
KIEDYŚ NA PEWNO (?!?) nam się przydadzą, oraz te, których pomoc
doceniamy od razu i każdego dnia. Kiedy dawno, dawno temu
przeczytałam o miniżelazku, pomyślałam sobie, że to będzie
fajny bajer, który może raz albo dwa razy wykorzystam i koniec.
Wtedy go nie kupiłam, bo w przeliczeniu na te dwa razy raczej nie
było to opłacalne.
Pierwsze
miniżelazko sprezentowała mi Ania Sławińska. Przydało się przy
szyciu mojego quiltu witrażowego. I to nawet bardzo. Korzystałam też z niego przy mozaice z kawałeczków tkanin. Tu już
przydało się bardziej niż baaardzo. Potem dostałam kolejne. A potem okazało się, że to
maleństwo jest pomocne w innych sytuacjach. A ponieważ mam już z
nim wiele doświadczeń, postanowiłam o tym napisać.
Po
co żelazko w wersji mini?
Na
pewno nie da się nim wyprasować wielkiej połaci tkaniny, ale już
rozprasować drobne elementy - jak najbardziej. Nawet takie, do
których trudno jest dotrzeć. A wszystko to dzięki budowie.
Miniżelazko przypomina nieco lokówkę zakończoną trójkącikiem.
Niektóre firmy dołączają do niego jeszcze inne końcówki. Ja
oprócz trójkącika mam jeszcze taką w kształcie zaokrąglonego
prostokąta.
Końcówka trójkątna przydaje się przy
rozprasowywaniu np. rogów poduszek, drobnych fałdek w ubraniach,
przyklejaniu i rozprasowywaniu aplikacji; prostokątna, gdy robię
lamówkę.
Skoro
miniżelazko przydaje się przy drobnych elementach, warto je
wykorzystać w niektórych technikach patchworkowych, które wymagają
dokładności.
Wspomniałam o moim witrażu. Sama robiłam do niego
lamówkę, zaprasowując ją miniżelazkiem i przyprasowywałam ją
przy jego pomocy do powierzchni quiltu.
Gdyby
nie to żelazko, nie powstałaby moja mozaika. Chociaż może
powstałaby, bo się na nią uparłam, ale pewnie miałabym poparzone
opuszki palców. Tymczasem miniżelazko ułatwiło mi przyklejanie
pojedynczo jedno, dwucentymetrowych elementów z warstwą flizeliny z
jednej strony. I to dokładnie w tym miejscu, w którym chciałam.
Żelazeczko waży niczym piórko. Doceniłam to pod koniec pracy, bo
miałam do przyklejenia kilkaset kawałeczków mozaiki.
Okazało
się, że to nie koniec zalet tego malucha. Ponieważ jest mniejsze,
zżera mniej prądu, więc praktycznie podczas szycia wcale go nie
wyłączam. Jestem zwolenniczką teorii, że każdy szew powinien być
rozprasowany, zanim przyszyje się do patchworku kolejny kawałek,
więc używam do tego miniżelazka. Nie chce mi się rozkładać
deski, czekać, aż żelazko się rozgrzeje. Nie chce mi się wstawać
co chwila od maszyny - z boku leży minideseczka do prasowania, obok
niej żelazko na podstawce i mogłabym tak siedzieć i siedzieć. (O
tym, że powinnam co jakiś czas wstać, przypomina mi ból
kręgosłupa).
Na
co zwracać uwagę przy kupowaniu?
Na
długość kabla. Moje pierwsze żelazko ma kabel długości 105 cm.
W praktyce oznacza to, że mogę je ustawiać tylko na brzegu stołu
z przedłużaczem ustawionym tuż pod stołem. A i tak ciągle zsuwa
się na podłogę. Drugie, Clovera, ma już bardziej praktyczną
długość kabla - 180 cm, więc może sobie swobodnie stać na
środku stołu.
Ważne
jest też, jak zamocowane są śrubki łączące części żelazka.
Nie mogą wystawać poza powierzchnię elementów plastikowych,
powinny być schowane w takich minizagłębieniach. Dlaczego? Podczas
pracy miniżelazka nagrzewają się wszystkie metalowe elementy - nie
tylko trójkątna powierzchnia, ale też śrubki mocujące, czy
metalowa nasada. "Mój" Clover, ma specjalną ochronę
nasady, jeśli jednak zdecydujesz się na inny model, uważaj, by jej
nie dotykać.
Jak
używać i jak nie używać?
-
Miniżelazka mają zazwyczaj dwa stopnie ogrzewania - niski i wysoki.
Ja niestety nie mam cierpliwości i od razu nastawiam je na wyższą
temperaturę. Bez sensu, jeśli chce się jedynie przeprasować szew.
-
Chociaż maleństwo wygląda niepozornie, grzeje tak samo mocno, co
zwykłe żelazko. W trakcie używania koniecznie trzeba je odstawiać
na podstawkę (dołączona w zestawie). I nie kłaść w pobliżu np.
torebek foliowych czy elementów plastikowych. "W pobliżu"
oznacza mniej niż 10-15 cm. Przyrzekam, że zeskrobywanie z
powierzchni żelazka folii jest żmudną robotą. I... w zasadzie nie
powinnam się do tego publicznie przyznawać... miniżelazko potrafi
też roztopić szkło okularów, które obecnie produkuje się ze
specjalnego plastiku. W trakcie przygotowywania quiltu mozaikowego
odłożyłam je na leżącą mozaikę, niedaleko okularów.
Kilkakrotnie sprawdzałam, czy nie dotyka ich powierzchni. Nie
dotykało, leżały w odległości jakichś 8 cm. Pod koniec dnia
okazało się, że mają lekko "zamgloną" powierzchnię.
-
W związku z powyższym lepiej nie prasować bezpośrednio na stole,
jeśli nie masz specjalnej deseczki do prasowania, możesz po prostu
podłożyć kilka warstw tkaniny. Podczas nakładania aplikacji na
quilt, wystarczy, że pod spodem jest warstwa kanapki klasycznego
quiltu, czyli tkanina spodnia, wypełnienie i tkanina wierzchnia (lub
gotowy patchwork).
PS: Kolejne małe żelazko, tym razem parowe, ma 13x7,5 centymetra. Może służyć jako żelazko turystyczne, ale świetnie nadaję się też do różnego rodzaju robótek. Można też połączyć przyjemne z pożytecznym i zabierać je na wyjazdy wakacyjne, jeśli się nie chce robić przerwy w szyciu.
poniedziałek, 7 marca 2016
Niebiezpieczne związki, czyli sztuka spruwania
Ukończyłam (wreszcie!) pierwszy
w tym roku quilt.
W zasadzie mieści się on w kategorii "zaczęte
w zeszłym roku, skończone w aktualnym". A zapowiada się na to, że
grupa ta będzie baardzo liczna. Tym razem miałam konkretny dead end.
Kiedy kilka miesięcy temu "w trakcie szycia" quilt zobaczyła
moja przyjaciółka, bardzo jej się spodobał. Miałam więc dla
niej prezent na urodziny i trzeba było go skończyć w terminie.
Prezent chyba naprawdę się
spodobał, bo następnego dnia po urodzinach od razu zawisł na
ścianie.
Już od samego pomysłu majaczył
mi w głowie tytuł tego quiltowego obrazka - Niebezpieczne związki.
Dlaczego niebezpieczne? No bo wiadomo - szycie po okręgu nie jest
zbyt łatwe. Tym razem jednak eksperymentowałam również z kolorami
i wielkościami kolejnych ćwiartek. Bo z zasady miały być różnej
wielkości, chociaż w ramach tych samych bloków. Kolejne bloki
dobierałam i układam w trakcie szycia. Wreszcie też odważyłam się na
połączenie brązu z różem, a obok niego fioletu z pomarańczem.
Tytuł jednak okazał się
proroczy z innego powodu. Otóż początkowo zaokrąglenia miały być
"złamane" pikowaniem rowkowym, jednym słowem miały być proste linie. Jednak przy trzecim rzędzie
byłam już całkowicie pewna, że to absolutnie nie pasuje.
Pozostało mi więc coś, czego nie cierpię. Prucie. Klasyczne prucie
pikowania, czyli za pomocą przecinaka, absolutnie nie wchodzi w grę.
Nauczyło mnie tego smutne doświadczenie. Po pierwsze, nawet poprawnie
obchodząc się z tym narzędziem, można zrobić w tkaninie
dziurę. Po drugie, tak wygląda "krajobraz po bitwie":
Usuwanie tego bałaganu jest mocno irytujące i trwa tyle, że bardziej opłaca się zastosować inną metodę. Wcale nie trwającą dłużej, ale za to mniej... niebezpieczną.
Obydwie nitki powinny znajdować
się na wierzchu. Lewą ręką pociągamy za jedną nitkę, wtedy wysuwa się pętelka
drugiej nitki.
Końcem igły zahaczamy o pętelkę
i wyciągamy całą nitkę. Specjalnie wybrałam tępy koniec igły,
bo wsuwa się w szew równie łatwo jak ostry, za to nie szarpie
nitki. Powtarzamy tę czynność, aż do końca. Czynność
nieskomplikowaną, trwającą tyle, co zwykłe prucie, a za to nie
wymagającą później skubania nitek z wierzchu i od spodu. Aha, co jakiś czas warto tę drugą nitkę (nie tę trzymaną w lewej dłoni), przyciąć, bo wygodniej się ją wyciąga, kiedy jest krótka.
Jeszcze tylko trzeba pozbyć się
śladów po szwie. Koniecznie na świeżo, kiedy się jeszcze nie
utrwaliły w materiale.
Wystarczy to miejsce spryskać wodą i przesunąć po
nim żelazkiem. Przy takiej czynności sprawdza się mini-żelazko,
bo tkaninę wystarczy tylko delikatnie dotknąć, a nie prasować
(uwaga na wypełnienie, najlepsze jest w takiej sytuacji bawełniane, bo
poliestrowe może się stopić).
Jak widać, nic nie widać!
I tyle. Być może ta metoda
prucia jest szerzej znana, ja odkryłam ją dopiero w zeszłym roku.
Mam jednak nadzieję, że nie będzie mi się często przydawać.
środa, 3 czerwca 2015
Nowe doświadczenia dżinsowe
Kto by pomyślał, że dżins da mi tyle do myślenia (i tyle do roboty).
Kilka dni temu skończyłam pierwszą dżinsową narzutę. Nie było to moje największe dzieło - ma raptem (?!) 202 na 202 cm. Najcięższe jednak na pewno. Szkoda, że nie zważyłam, ale na szczęście dla siebie nie mam w domu wagi.
Projekt miał swój początek jakiś czas temu, na falach akcji miesięcznika "Molly potrafi". Dżinsy zostały pocięcie przez dwie moje koleżanki, a ja "jedynie" zszywałam łatki i pikowałam całość. Dużo dziewczyn wzięło wtedy udział w tej akcji, powstały fajne rzeczy, więc myślałam, że to pestka. Okazało się jednak, że nie do końca. Dżins jest tkaniną dość grubą, więc ciężką. Poza tym zajmuje dużo miejsca. Zmieszczenie go pod ramieniem maszyny podczas pikowania wymagało nie lada gimnastyki. Ale od początku, czyli od końca.
Narzuta prezentuje się tak:
Ma kontrastowe obszycie w kolorze czerwonym, co odrobinę na zdjęciu widać, i spód w intensywnym błękicie w białe gwiazdki. Wszystko świetnie wybrane przez obecną właścicielkę. Narzuta została zaaprobowana przez wszystkim domowników. Sama widziałam, jak najmłodsza członkini rodziny od razu po dostarczeniu narzuty przyraczkowała (czy jest taki wyraz w j.polskim?) i sobie na niej usiadła, a obok puchaty kot. Co było fajnym przeżyciem, chyba nawet fajniejszym, gdybym usłyszała mnóstwo pochwał.
Nie będę opisywać tutorialem, jak powstawała ta narzuta, ale mam kilka przemyślenio-rad.
Po pierwsze, dżins jest teraz tkany z dużą domieszką stretchu. Takich kawałków, rozciągających się we wszystkie strony, było całkiem sporo. Jedynym wyjściem okazało się dość gęste fastrygowane.
W kąt poszły wszystkie meble, a ja na klęczkach przez kilka godzin fastrygowałam i marzyłam o maszynie typu longarm. Z drugiej jednak strony zaplanowałam proste pikowanie, więc nie wiem, czy zdołałabym je wykonać na takiej maszynie.
Druga moja rada: zszywanie małymi partiami, a nie doszywanie kolejnym pasków. Przy ciężkości tkaniny jest to jedyne wygodne wyjście.
Narzutę zaprasowywałam oczywiście na jeden bok, więc przy szwie tworzyła się dość gruba warstwa. Żeby ją wyeliminować, postanowiłam przepikować narzutę nie w szwach, ale obok nich - w ten sposób nieco się spłaszczyły.
Brzeg tkaniny potraktowałam jako liniał i wzdłuż niego pikowałam na szerokość stopki. Niestety, kiedy spotykało się kilka łatek, a więc kilka warstw materiału, szew o milimetr lub dwa się przesuwał. Nie dało się tego uniknąć, chociaż używałam stopki walking foot, najlepszej, jak już teraz wiem, do zszywania dżinsu. Ja, oczywiście, widzę te milimetrowe przesunięcia, ale kiedy komuś o tym powiedziałam, odpowiedzią było jedynie zdziwione spojrzenie i stwierdzenie, że przesadzam.
Kolejny problem był z dobraniem nici. To akurat mi się udało bez problemu.
Casting rozpoczął się od kilku uczestniczek.
Do finału przeszły trzy.
Wygrała ta na górze. Okazała się tak świetna, że prawie wcale jej na materiale nie było widać. I to na różnych odcieniach dżinsu, nawet tego jasnego. Tak świetna, że kiedy musiałam popruć kawałek szwu, miałam z tym trudności.
I na koniec jeszcze jedna uwaga. Zazwyczaj nie stosuję tej metody, ale tym razem w niektórych miejscach musiałam. Chodzi mi o zwijanie w rulon podczas pikowania. W przypadku pikowania z wolnej ręki, kiedy przesuwa się narzutę we wszystkie strony, ta metoda wcale nie pomaga, a czasami nawet utrudnia pracę. Jednak przy pikowaniu po prostej linii, żeby pod ramieniem maszyny zmieściła mi się część quiltu, musiałam go zwinąć w ciasny rulon. Który się ciągle rozwijał, ale to już inna sprawa...
Kilka dni temu skończyłam pierwszą dżinsową narzutę. Nie było to moje największe dzieło - ma raptem (?!) 202 na 202 cm. Najcięższe jednak na pewno. Szkoda, że nie zważyłam, ale na szczęście dla siebie nie mam w domu wagi.
Projekt miał swój początek jakiś czas temu, na falach akcji miesięcznika "Molly potrafi". Dżinsy zostały pocięcie przez dwie moje koleżanki, a ja "jedynie" zszywałam łatki i pikowałam całość. Dużo dziewczyn wzięło wtedy udział w tej akcji, powstały fajne rzeczy, więc myślałam, że to pestka. Okazało się jednak, że nie do końca. Dżins jest tkaniną dość grubą, więc ciężką. Poza tym zajmuje dużo miejsca. Zmieszczenie go pod ramieniem maszyny podczas pikowania wymagało nie lada gimnastyki. Ale od początku, czyli od końca.
Narzuta prezentuje się tak:
Ma kontrastowe obszycie w kolorze czerwonym, co odrobinę na zdjęciu widać, i spód w intensywnym błękicie w białe gwiazdki. Wszystko świetnie wybrane przez obecną właścicielkę. Narzuta została zaaprobowana przez wszystkim domowników. Sama widziałam, jak najmłodsza członkini rodziny od razu po dostarczeniu narzuty przyraczkowała (czy jest taki wyraz w j.polskim?) i sobie na niej usiadła, a obok puchaty kot. Co było fajnym przeżyciem, chyba nawet fajniejszym, gdybym usłyszała mnóstwo pochwał.
Nie będę opisywać tutorialem, jak powstawała ta narzuta, ale mam kilka przemyślenio-rad.
Po pierwsze, dżins jest teraz tkany z dużą domieszką stretchu. Takich kawałków, rozciągających się we wszystkie strony, było całkiem sporo. Jedynym wyjściem okazało się dość gęste fastrygowane.
W kąt poszły wszystkie meble, a ja na klęczkach przez kilka godzin fastrygowałam i marzyłam o maszynie typu longarm. Z drugiej jednak strony zaplanowałam proste pikowanie, więc nie wiem, czy zdołałabym je wykonać na takiej maszynie.
Druga moja rada: zszywanie małymi partiami, a nie doszywanie kolejnym pasków. Przy ciężkości tkaniny jest to jedyne wygodne wyjście.
Narzutę zaprasowywałam oczywiście na jeden bok, więc przy szwie tworzyła się dość gruba warstwa. Żeby ją wyeliminować, postanowiłam przepikować narzutę nie w szwach, ale obok nich - w ten sposób nieco się spłaszczyły.
Brzeg tkaniny potraktowałam jako liniał i wzdłuż niego pikowałam na szerokość stopki. Niestety, kiedy spotykało się kilka łatek, a więc kilka warstw materiału, szew o milimetr lub dwa się przesuwał. Nie dało się tego uniknąć, chociaż używałam stopki walking foot, najlepszej, jak już teraz wiem, do zszywania dżinsu. Ja, oczywiście, widzę te milimetrowe przesunięcia, ale kiedy komuś o tym powiedziałam, odpowiedzią było jedynie zdziwione spojrzenie i stwierdzenie, że przesadzam.
Kolejny problem był z dobraniem nici. To akurat mi się udało bez problemu.
Casting rozpoczął się od kilku uczestniczek.
Do finału przeszły trzy.
Wygrała ta na górze. Okazała się tak świetna, że prawie wcale jej na materiale nie było widać. I to na różnych odcieniach dżinsu, nawet tego jasnego. Tak świetna, że kiedy musiałam popruć kawałek szwu, miałam z tym trudności.
I na koniec jeszcze jedna uwaga. Zazwyczaj nie stosuję tej metody, ale tym razem w niektórych miejscach musiałam. Chodzi mi o zwijanie w rulon podczas pikowania. W przypadku pikowania z wolnej ręki, kiedy przesuwa się narzutę we wszystkie strony, ta metoda wcale nie pomaga, a czasami nawet utrudnia pracę. Jednak przy pikowaniu po prostej linii, żeby pod ramieniem maszyny zmieściła mi się część quiltu, musiałam go zwinąć w ciasny rulon. Który się ciągle rozwijał, ale to już inna sprawa...
poniedziałek, 18 maja 2015
Ognisty ptak
Nie wiem, jak mi się to udało, ale uszyłam obrazek, który ma mniej niż 50 cm. Problem w tym, że nawet jak się zatnę, nie jestem w stanie uszyć czegoś mniejszego niż jakieś 100 cm, a najlepiej jeszcze więcej - mimo, że mam tylko domową maszynę, a nie taką wielgachną profesjonalną, niczym Juki, która stoi w Szkole Patchworku. Podziwiam osoby szyjące na przykład quiltowe kartki pocztowe. Ja nie jestem w stanie zmieścić się w małym formacie.
Tym razem mi się udało. Projekt jest jednym z wielu, które zaczęłam kilka (kilkanaście, kilkadziesiąt - niepotrzebne skreślić) tygodni temu. I przygotowywany jest na zajęcia w Szkole Patchworku, które odbędą się:
31 maja i 1 czerwca - farbowanie
13 czerwca - jak projektować i szyć quilty z farbowanych tkanin
Lubię tkaniny w jednolitych kolorach, nie ma to jak wzorzyste materiały do patchworków tradycyjnych, ale jeśli chce się uszyć coś bardziej artystycznego, najlepsze są tkaniny własnoręcznie farbowane. I nie tylko dlatego, że żaden sklep w Polsce nie zapewni mi dwudziestu kilku odcieni błękitów, zieleni lub... czerwieni
żeby powstał na przykład taki quilt
Chodzi też o to natężenie koloru, a jednocześnie efekt świetlistości, który można uzyskać na tkaninie ręcznie farbowanej.
I wbrew temu, co się sądzi, kolory są bardzo trwałe. Świat jednak poszedł do przodu, również w technice farbowania tkanin. Farby do tkanin, te dobrej jakości, nie wymagają godzinnego stania przy garze w oparach octu. W ogóle nie wymagają octu (ani godzinnego stania i mieszania). I jeśli się je odpowiednio traktuje, tkaniny ręcznie farbowane zachowują się grzecznie - nie farbują innych, nie płowieją. Ale o tym cdn.
A na razie moje nowe dziełka shibori w ulubionych błękitach:
piątek, 9 stycznia 2015
Shibori i mandale
Japońskie techniki ręcznego farbowania tkanin fascynowały mnie od dawna. Z jednej strony bogato zdobione kimona - wielokolorowe, wzorzyste. Z drugiej oszczędne, ale równie efektowne shibori - farbowane najczęściej za pomocą indygo, a więc występujące w bieli i kilku odcieniach błękitu. Niestety indygo jako barwnik w Polsce pojawia się rzadko i jest baaardzo drogi, ale od czego moje ulubione barwniki Procion MX, prawie tak samo ekologiczne i dające podobne efekty. Tym bardziej, że kiedy shibori stało się modne na Zachodzie, zyskało na kolorach i występuje we wszystkich barwach tęczy. I tak je kiedyś robiłam. W minikolekcji, którą przygotowałam dla sklepu Ładne Tkaniny na razie shibori występuje w kolorach zbliżonych do indygo i na razie zrobiłam kilka podstawowych wzorów, ale to dopiero, mam nadzieję, początek.
Coś, co lubię najbardziej - wzór jest geometryczny, ale nieregularny, nieco rozmazany. |
I w wersji multi, czyli wielu nieregularnych kółek. |
poniedziałek, 3 listopada 2014
Around The World Blog Hop
Kilka dni temu Ania Sławińska zaprosiła mnie i Kasię Małyszko do zabawy, która zatacza coraz szersze kręgi i "ogarnia" coraz więcej quilterek na całym świecie. Cieszę się więc, że znalazłam się w takim fajnym gronie. Around The World Blog Hop ma pomóc nam dotrzeć do jak najszerszej rzeszy odbiorców, ale przede wszystkim osób, które również zafascynowane są patchworkami i quiltami. I przedstawić im swoje prace.
W dzisiejszym poście korzystam ze ściągi w postaci pytań nakierowujących.
Nad czym teraz pracuję?
Łatwiej byłoby mi napisać nad czym, ach nad czym, teraz nie pracuję, ponieważ zawsze, ale to zawsze, leży u mnie wielgachny stos rzeczy "w różnym stanie niedokończenia". Czasami wracam do nich po miesiącu, czasami po roku, ale zawsze, przynajmniej na chwilę, wracam. Zdarza się jednak, że się zawezmę i, mimo trudności (np. bardzo ambitny plan i mało czasu), jednak kończę pracę stosunkowo szybko. W minione wakacje zainspirowałam się różnymi technikami artystycznymi z czego powstały trzy quilty.
Czym różnią się moje prace od prac innych quilterek ?
I znów łatwiej byłoby mi napisać o tym, czym różnią się moje prace od siebie. Wolę bezinteresownie podziwiać prace innych niż się z nimi porównywać. A jakie są moje quilty? Jak na razie eksperymentuję z różnymi technikami, łączę je ze sobą, nie przywiązuję się do żadnej. Tyle jeszcze mam rzeczy do wypróbowania... I nigdy nie zarzekam się, że nigdy (ha!) czegoś nie zrobię. Kiedyś nie lubiłam aplikacji "surowej" bez podwiniętych brzegów, teraz wykorzystuję ją w dużych ilościach.
W dzisiejszym poście korzystam ze ściągi w postaci pytań nakierowujących.
Nad czym teraz pracuję?
Łatwiej byłoby mi napisać nad czym, ach nad czym, teraz nie pracuję, ponieważ zawsze, ale to zawsze, leży u mnie wielgachny stos rzeczy "w różnym stanie niedokończenia". Czasami wracam do nich po miesiącu, czasami po roku, ale zawsze, przynajmniej na chwilę, wracam. Zdarza się jednak, że się zawezmę i, mimo trudności (np. bardzo ambitny plan i mało czasu), jednak kończę pracę stosunkowo szybko. W minione wakacje zainspirowałam się różnymi technikami artystycznymi z czego powstały trzy quilty.
![]() |
Pierwszy jednak skończyłam witraż. Zatytułowany jest po zagranicznemu "Fantasy flowers", ale dowiedziałam się na FB, że to wiciokrzew i powojnik. Wierzę na słowo - nie znam się na roślinach. |
"Maki" mam sfotografowane tylko w takiej wersji. Zostałam zmuszona do pozowania z nimi, ponieważ zawisły na mojej miniwystawie na otwarciu Dobrego Miejsca w Wawrze. To maleństwo wydaje się dość proste do uszycia, ale zabrało mi dużo czasu. Jest to pierwsza tej wielkości praca zrobiona przeze mnie w technice paper piecing.
Czym różnią się moje prace od prac innych quilterek ?
I znów łatwiej byłoby mi napisać o tym, czym różnią się moje prace od siebie. Wolę bezinteresownie podziwiać prace innych niż się z nimi porównywać. A jakie są moje quilty? Jak na razie eksperymentuję z różnymi technikami, łączę je ze sobą, nie przywiązuję się do żadnej. Tyle jeszcze mam rzeczy do wypróbowania... I nigdy nie zarzekam się, że nigdy (ha!) czegoś nie zrobię. Kiedyś nie lubiłam aplikacji "surowej" bez podwiniętych brzegów, teraz wykorzystuję ją w dużych ilościach.
Po głębokim namyśle znalazłam jednak coś "innego" w moich pracach. Jako absolwentka archeologii śródziemnomorskiej zrobiłam już dwa quilty poświęconej tematyce antycznej.
Zabawa Around The World Blog Hop trwa dalej. Zapraszam do niej Urszulę Kubicką-Kraszyńską, właścicielkę sklepu Ładne tkaniny prowadzącą bloga o tej samej nazwie. Urszula podobnie jak ja, lubi kolorowe tkaniny i wyraziste wzory. Jej patchworki to przykład jak można pięknie i efektownie łączyć tradycję z nowoczesnością.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























